A ja (odpukać w niemalowane) nic nie nabroiłam. Nic nie rozbiłam, nic nie zafarbowałam i jakoś nic mi do głowy nie przychodzi. Chociaż pamiętam jak strasznie się bałam za pierwszym razem, to była taka arystokratyczna rodzina i tam przy jedzeniu obowiązywał delikatny, porcelanowy serwis. Jak z jajkiem się z nim obchodziłam. Tutaj, gdzie teraz jestem wszystko jest strasznie stare i nawet z koleżanką pisałyśmy, że każda firma obowiązkowo powinna ubezpieczać od takich wypadków. Odkurzacz jest taki, że nawet moi rodzice i dziadkowie takiego nie pamiętają, pralka staruszka, aż boję się, gdy mam prać. Każda rzecz z innej parafii. Zawsze mi się "obrywa", za to, że źle skompletowałam sztućce do jedzenia, ale tam nie ma kompletu. Łyżka sobie, widelec sobie, tutaj się wielkością dobiera, aby do buzi pasowały.
Babcia ustawia i patrzy, czy za bardzo łyżka od widelca wzrostem się nie różni
