Na wyjeździe

09 maja 2012 10:43
Poruszyliście z Januszem trudny temat. Moim zdaniem oboje macie po części rację.
09 maja 2012 10:44
ja bym wolała wiedzieć, że umrę niż gdyby to przede mną ukrywano, wiele osób chce wtedy pogodzić się z ludźmi, spotkać, coś sobie powiedzieć na koniec, czy zwyczajnie przygotować się lepiej przez sakramenty do spotkania z Bogiem, a tu nagle odchodzisz i nic z tego. Jasne, że dobrze wcześniej pozałatwiać takie rzeczy, kiedy jeszcze człowiek jest w miarę sprawny. Było kiedyś we Włoszech ładne, miłe dziecko, kiedy je spytano raz podczas zabawy, co by zrobiło, gdyby dowiedziało się, że zaraz umrze, powiedziało - nic, bawiłbym się dalej - był tak przygotowany, i to w wieku 12 lat. Nazywał się Dominik Savio i ogłoszono go świętym. Ech, mieć takie podejście do śmierci....
09 maja 2012 11:17
Janusz - nie wiem ile wiesz nt tego jakie jest obecnie podejscie lekarzy do informowania pacjenta o jego stanie - ja wiem,poniewaz przepracowalam 25lat w szpitalu onkologicznym we Wrocławiu/stamtąd pochodzę romana!/Od co najmniej 10-15lat obowiazują standardy europejskie w tych kwestiach - najpierw lekarz rozmawia z pacjentem a dopiero potem z rodzina i to wyłącznie wtedy kiedy sam pacjent ma takie życzenie!!!!!Oczywiście,że są wyjatki -to zależy też od psychiki pacjenta ale wierz mi,że każdy pacjent który przychodzi do przychodni onkologicznej na chemio czy radio terapie doskonale wie dlaczego się tam znalazł!!!!!Twierdzenie ,że polscy lekarze to sk.....jest co najmniej przegięciem .W swojej praktyce spotkałąm się też z pacjentami ,którzy nie chcieli zadnych informacji i z takimi którzy odwrotnie -chcieli wiedziec wszystko ,żeby miec czas pozałatwiac wazne sprawy i rodzine przygotowac na swoje odejscie.To jest jak pisze Paula trudny temat,na medycynie nie ucza studentow jak rozmawiac o smierci,do tego dochodzi sie latami.Zeby się tak jak ty radykalnie wypowiadac trzeba bdb znac temat.Byłam świadkiem wielu takich rozmow -czasem pacjent chcial zebym tez w gabinecie zostala,choc zazwyczaj wychodzilam - onkologia to b trudny psychicznie kawalek medycyny.
09 maja 2012 11:38
Kasia i Andrea - zadam wam pytanie: Kto daje prawo rodzinie (moralne prawo) o decydowaniu czy pacjent będzie wiedzieć o swoim stanie zdrowia? Pytanie jak najbardziej poważne, bo jakbym zachorował, to wolałbym znać swój stan, a nie żeby moje dziecko, czy wnuk powiedziało lekarzowi: "Nie mówcie dziadkowi/tacie, bo się będzie denerwował". O to mi chodzi. A co do standardów europejskich - wiem że one obowiązują w Polsce, ale z ich egzekwowaniem jest jak jest. Wiele osób ciężko chorych nawet nie podejmuje świadomej walki o swoje zdrowie, bo nie są świadomi choroby - czego winna jest ich rodzina.

Taki jest mój punkt widzenia, choć rozumiem, że temat bardzo trudny i zdania są podzielone.
09 maja 2012 12:03
Otwieracie puszkę Pandory, ale temat rzeczywiście ciekawy.
09 maja 2012 12:12
Janusz -ja rozumiem Twój punkt widzenia,ale to się naprawdę zmienia,aczkolwiek spotkałam też pacjentów świadomych swojej choroby i tak samo świadomie nie podejmujących leczenia- z wyboru.Oczywiście ,że to nie rodzina ma prawo decydowac a sam chory,wiem że różnie z tym bywa ale przynajmniej w dużych ośrodkach onkologicznych zmiany naprawdę sa widoczne.Druga rzecz ,że są niestety też lekazre kompletnie nieprzygotowani i nie potrafiący z chorym i rodzina porozmawic należycie -i to wcale nie młodzi po studiach.Podam przyklad - lekarz ok 60lat,ordynator oddzialu/obecnie nieżyjący/-załatwiłam miejsce dla znajomego znajomych,wiadomo kolejka,chory w stanie b ciezkim,niemal terminalnym,rak przelyku ,liczne przerzuty,konicznosc szybkich naswietlan,pacjent moze i swiadomy ale tak cierpiacy ze niewiele do niego docieralo,rodzina wie ze rak ale nie ze umiera.I co sie dzieje - zachodze do doktora zameldowac ze pacjent juz w lozku,na sali i rodzina chce porozmawiac w jego sprawie/czytaj koperta/,dr juz go widzial i przeczytal dokumentacje z powiatowego szpitala,ano mowi do mnie tak - doslownie!!!!co ty mi tu k...Kaska przywiozlas ,on zdycha!ty im powiesz czy ja?Zaniemowilam na moment ale wyszlam,powiedzialam jak moglam najlagodniej - rzecz sie dziala z 15 lat temu,ten chory rzeczywiscie zmarl w ciagu tygodnia.Po jakims czasie spotkalam dr na terenie szpitala i co on mowi?-Kaska,k...trupa mi dalas i tylko 4stowki!!!!Dla tej rodziny to byla duza kwota ,ja zarabialam jakies 2 stowki wtedy.To wyjatkowo skrajny przyklad ale takie sie tez zdarzaja!!!,niestety.Więc zeby nie bylo ze bronie lekarzy jak lew.Po paru latach ten chamowaty dr sam zmarl na raka wątroby w strasznych cierpieniach.Samo życie.
09 maja 2012 17:50
Kasiu, ja mam znajomą, doświadczoną lekarz- anestezjolog i ona twierdzi, że w obecnych czasach nie umiera się w strasznych bólach, bo jest morfina i inne środki, a Ty piszesz coś innego, że nie zawsze to działa, czy tak jest? Warto wiedzieć, jak już weszliśmy w ten temat.
09 maja 2012 18:20
romana - niestety czasem jest tak ,że nic nie dziala,zwłaszcza kiedy są przerzuty do kości,na własne oczy i uszy niejednokrotnie widziałam pacjentów u których mimo podania najsilniejszych dostępnych środków ból nie ustępował.Moge się wypowiadac jedynie nt nowotworów bo z tym miałam stycznośc - podobnie jest przy nowotworach kosci w obrębie twarzoczaszki,w raku trzustki-owszem można stłumic bóle na krótko,albo podawac tyle ze pacjent jest praktycznie w spiaczce - ale naprawde b rzadko jest tak ,że uda się całkowicie w stadium zaawansowanym wyeliminowac bol.
09 maja 2012 18:57
Jednak najbardziej dokuczliwe ,o ile można użyc tego określenia ,są chyba wszystkie nowotwory umiejscowione wewnątrz jamy ustnej/ ślinianka,język/ nie dosyc ze ból stale towarzyszy choremu w różnym nasileniu to jeszcze rozpad tkanki/po prostu gnicie/powoduje potworny zapach.Ci pacjenci,którzy sa tego świadomi są bardzo skrępowani podczas wykonywania przy nich czynnosci pielęgnacyjnych.Również pielęgniarka czuje się niekomfortowo- nie każda jest w stanie podejsc do takiego pacjenta ,nawet w maseczce.Romana -ja się przez te lata napatrzyłam,nasłuchałam- onkologia jest ciężka,obciążająca psychicznie,tzreba się bardzo pilnowac zeby sie emocjonalnie nie przywiązywac do pacjentow.Nie zawsze się to udaje.Ale jednoczesnie pracujesz ze świadomościa ,że jesteś komuś potrzebna ,chocby po to zeby go w momencie odchodzenia pogłaskac po ręce...
09 maja 2012 21:12
dzięki, Kasia.
10 maja 2012 07:24
Hej. W taką pogodę ja nie żyję. Kaput. Nie moje klimaty. Niech się cieszy, kto może.
10 maja 2012 07:41
pod Hamburgiem opalanie raczej niemożliwe, chyba że w solarium, za to bzy pachną ślicznie i ptaszęta śpiewają regularnie od wpół do piątej rano - nie tylko szwajcarskie zegarki są punktualne.
10 maja 2012 07:59
Witam z rańca przy kawie! Andrea - ja po porostu nie chciałbym żeby mnie, gdybym był schorowany, ktoś potraktował w ten sposób, samemu decydując za mnie czy powinienem wiedzieć. Nikomu takiej śmierci nie życzę.
10 maja 2012 08:06
Janusz, dlatego dobrze powiedzieć rodzinie wcześniej o tym. Mój 19-letni syn ostatnio rozmawiając ze mną o swojej śmierci (aktywny, fajny facet, dobrze poukładany) powiedział, że chciałby aby pogrzeb był zrobiony przez harcerzy, bo od 7 roku życia jest zapalonym harcerzem. A ja go poprosiłam, aby mój pogrzeb był wesoły, z pieśniami uwielbienia dla Boga, bo chociaż z praktykowaniem wiary u mnie marnie, to relację z Panem Jezusem staram się mieć i okazywać mu wdzięczność za całą urodę świata. Jednak trzeba poszerzyć sprawę o większą dobroć dla ludzi.
10 maja 2012 08:11
Oczywiście w naszej rodzinie nie zamierzamy ukrywać, że ktoś będzie musiał odejść, choć jest to trudne, co tu dużo gadać.