I Lawenda i Alinka - macie swoje racje, natomiast, jesli moge, napisze, co ja o tym mysle i nikt ze mna zgadzac sie nie musi:
Dwa razy spotkalo mnie takie "szczescie", z jednym z PDP nie zdazylam sie zzyc, z druga PDP, owszem - tak. Ale, pomimo, ze widzialam co sie dzieje, co bedzie, jakos nie snia mi sie w nocy, owszem, wspominam. Uwazam, ze smierc PDP jest wpisana w ten zawod, oczywiscie, ze jesli ktos nie czuje sie na silach - nie powinien wbrew sobie tkwic w takim miejscu. Innym, akurat moj charakter taki jest - mnie dalo to swego rodzaju satysfakcje, ze zrobilam wszystko, co moglam. Trudno w obliczu smierci pacjenta mowic o satysfakcji, ale tak, ja taka mam. Sa przypadki, gdzie nic wiecej, oprocz bycia "obok" nie mozna zrobic i ja potrafie sobie to wlasnie tak przetlumaczyc, dlatego pomimo, ze obydwa razy bylo to ciezkie przezycie - ide dalej, a wspominam wszystkich swoich zmarlych, i tych z mojej prawdziwej rodziny i tych z pracy, ale inaczej. Wspominam ich takich, jakimi byli wczesniej. Moze dlatego jakos sobie z tym radze.
Uwazam, ze rozpamietywanie tych ostatnich momentow, a w dodatku "czy moglam wiecej zrobic" sensu zadnego nie ma, zrobilam, co moglam i tyle, a moze az tyle.
