Właśnie 13 zmarła moja pd jak odjeżdzałam w czerwcu do domu była już w złym stanie,od roku rak zjadał powoli,ale bardzo boleśnie,jak przyjechałam 2 lata temu jeszcze chodziła,nic nie wiedziała o chorobie z racji wieku bo miała 90 lat bolały ją nogi więc na spacer braliśmy wózek sama go prowadziła a jak się zmeczyła siadała i ja pchałam,bardzo inteligentna i dobroci człowiek.Jak jechałam w czerwcu płakała ja ją pocieszałam że będzie ok,choć i ja i ona wiedziałyśmy że tak nie będzie,ale nadzieja umiera ostatnia.Powiedziałam do niej że ma na mnie czekać a w duchu pomyślałam Boże tylko nie ja,ja tego nie wytrzymam,niech już jak ma być koniec to może przy mojej zmienniczce.Ale niestety ona czekala na mnie.Odeszła spokojnie usnęła i nie obudziła się już,ja byłam przy niej i córka.W ostatnich dniach na morfinie już nie cierpiała,a ja się modliłam Boże, ile jeden człowiek może znieść pod koniec życia miała cewnik i stomię.wtedy kiedy miała to założone pomyślałam nie ja już tam nie pojadę,a jednak dałam radę,teraz patrzę na jej portret na komodzie i nie wierzę że jej nie ma.To dla mnie napewno doświadczenie,ale od środka coś mnie dławi jakaś straszna rozpacz.We wtorek jadę do domu,bo chciałam do końca twowarzyszyć jej w ostatniej drodze,i bardzo się boję następnej szteli bo nie wiem co mnie znowu czeka,najpierw odpocznę psycha mi siadła,
