31 maja 2016 22:35 / 5 osobom podoba się ten post
kasia63Tu się przywitam bo od tego topiku zaczęłam odrabianie zaległości forumowych.Zakochanie to fajny stan:)
Ale tak czytam...kazania....muszę uważać co mówię...coś za coś...Naprawdę to jest to wymarzone szczęście?.....No ,nie wiem,mnie się zdaje ,że cały komfort bycia w fajnym związku polega raczej na tym,że właśnie można swobodnie mówić co się myśli i nie istnieje coś za coś,bo to taka trochę licytacja z samą sobą,takie jakby stawainie sobie warunków bycia w tym związku...Sorry,ktoś może się ze mną nie zgadzać,bo to moje subiektywne spojrzenie.W swoim związku najbardziej sobie cenię to,że nie muszę być "na baczność",wreszcie jestem sobą i to jest moja definicja szczęścia:)
Kasiu, tu nie chodzi o codzienną taką "męczarnię" ale o jedną z kwestii :)
Podam może przykład. Na początku relacji nie dopuszczałam go do pewnych spraw, radziłam sobie sama, zresztą od dłuższego czasu tak robiłam i uważałam,ze nie ma problemu, jakieś sygnały, czy coś tam ignorowałam, albo nie zauważałam kompletnie. Tym czasem on chciał uczestniczyć w moim życiu, pomóc mi w czymś i w końcu nerw go szarpnął i łup- kazanie :) A ja, że kazań nie lubię, to przystąpiłam do kontrataku. No , ale po paru takich akcjach, zatrybiłam o co chodzi i on też :) Ważne ,że jest między nami chęc do rozwiązania problemu, coby nie urósł do jakichś niebotycznych rozmiarów. Jakiś czas uczyliśmy się siebie po prostu, a że z kazdej ze stron, była dobra wola poznania drugiej osoby, to się i poznaliśmy i wiemy,że możemy sobie zaufać i własnie dlatego czuję się z nim swobodnie na każdej "płaszczyżnie" ;) hehe, tej relacji:)