A teraz moja pauza.
Zanim po obiedzie powkładałam do zmywarki, to Jaś w pidżamce mi się pokazał i zapytał do której ma spać. Do 14.30.Ja idę do Penny z Alicją, kupię jogurty, borówki amerykanskie z Hiszpanii i banany(tego jeszcze nie sprawdziłam skąd, bo Jaś mnie o to nie pytał).
Ok. Wszystko wie.Poszedł.
Ja też. Nawet sama, tylko Alicji kartkę przykleiłam, żeby wiedziała gdzie mnie szukać, bo widocznie nie wyrobiła się w czasie i na podwórku jej nie było.
No nic, spotkałyśmy się, śmiejemy się co też za "dziadcyne" geldy nakupujemy, potem przysiadłyśmy jeszcze na ulubionej ławeczce i nawet fajeczki pokoju nie było , bo Alicja nie pali i ja też.Ale "jeszcze ci dzisiaj nie pokazywałam, mam zegarek!" musowo i obowiazkowo:smiech3:
Idziemy do domku.
Przed krzyżówką, ta ostatnią koło domu przecieram oczy ze zdziwienia. Na wprost mój Jaś.Wraca z samotnego spaceru...:zaskoczenie:
Grabiła liście, tak pochłonięta pracą , że nie wypadało wręcz przerywać. Poza tym daleko było.
A poza tym czy warto?
Dziadziuś obrał inny kierunek i zawędrowaliśmy pod cmentarz. Mówię, że byłam tu z A, bo do obowiązków mojej koleżanki należy przynoszenie kwiatów na cmentarz (już pewnie domyślacie się, skąd wzięły się te tulipanki na moje powitanie
ale ja nie mam nic przeciwko takim niespodziankom) .
Zaprowadziłam mojego Jasia na grób sąsiadki, a potem okazało się, że żona mojego pdp spoczywa dwa miejsca dalej, czyli prawie po sąsiedzku. Zmarła 10 lat temu.
Po południu przyszedł do nas drugi sąsiad.Też starszy pan. Skarżył się, że dwa tygodnie go grypa trzymała w łóżku i jest bardzo osłabiony. Ja mu na to, że przecież jest w doskonałej kondycji.Oj, jak się ucieszył, powiedział, że jakbym potrzebowała pomocy to mam dzwonić, albo walić (nie dosłownie)jak w dym prosto do niego. Z tej chęci to nawet zawór od wody(tej na zewnątrz) poszedł i odkręcił, żebym mogła podlewać ogród.
I dobrze. Będzie miał mój dziadzio zajęcie.
Ja mam ważniejsze sprawy na głowie. Np.woda ze spłuczki ciekła i do kogo dziadzio przyszedł z problemem? Ano do mnie. Musiałam ratować. Na szczęście nie zepsułam jeszcze bardziej.
A jak sąsiad poszedł to przez drzwi tarasowe wpadł do pokoju taki piękny, wielki Rimski-Korsakow. W uszach duszy zagrała mi cała orkiestra, a ja stałam, słuchałam i podziwiałam.Dziadzio wrócił po odprowadzeniu sąsiada do drzwi wyjściowych i chyba myślał, że strach mnie sparaliżował. Wyjął chusteczkę z kieszeni i próbował w nią trzmiela schwytać. To mnie dopiero przeraziło. Złapałam moją książkę i krzyczę :nie, nie, ja to zrobię. Posadziłam dziadeczka na fotelu a tego skrzydlatego delikatnie pogoniłam. A właściwie życie mu uratowałam, a do tego kryminałem. Taka to ironia losu.
Tylko mój dziadzio wykorzystał moment i drzwi zamknął.
Zgrzytnęłam po cichu zębami i nic nie powiedziałam. Tym razem. Doszłam do wniosku, że muszę odpuścić, bo miałby oczywisty argument. Bo w tym domu to ja otwieram i wietrzę, a dziadzio ciągle zamyka. Hm...


