Urodziny Edytki.
Zacznę od śniadania, bo na nie został zaproszony syn babci, który mieszka niedaleko. Pytałam wczoraj, o której będziemy jeść, bo jakoś wierzyć mi się nie chciało, żeby w dzień wolny od pracy zrywał się, by być u mamusi na śniadaniu o 7.00.
Śniadanie normalnie, bo syna nie będzie.Ok.
Rano padało, Edytka zmartwiła się, kazała mi z piwnicy przynieść do salonu krzesła. Do 11-stej jednak pogoda zmieniła się,zaświeciło słońce i goście mogli zasiąść na tarasie.Krzesła przydały się, bo nie trzeba było wyciągać salonowych.
Kobitki zakręciły się w kuchni i zrobiły przegryzki, Edytka zaparzyła kawę. Ja przytargałam gar z zupą, postawiłam na ogniu, poszłam po okulary, a panie zajrzały do gara. Jak wróciłam z przyprawą gotowcem, to wywiązała się dyskusja czy samemu doprawić, czy posłużyć się Knorrem. Jedna z pań zdecydowała, że gotowiec najlepszy, mało tego wzięła się do roboty.Trochę mi głupio było, bo wygryzła mnie kobitka z aparatem tlenowym pod pachą, ale w sumie byłam jej wdzięczna za przejęcie inicjatywy i doprawienie nieszczęsnej zupy.Najważniejsze, że ta zupa nie "skisła" przez noc.
A że pani uznała, że za gęsta i dolała wody, dosypała rosołku w proszku, to mamy jeszcze obiad na dwa świąteczne dni

Było 13 osób, ale goście dostali po bulionówce zupki(jedną łyżkę wazową) i najedli się.
O 13-stej ruszyli do domów, a Edytce powiedzieli , żeby zrobiła sobie przerwę poobiednią. Naprawdę źle dzisiaj wyglądała, oczy podpuchnięte, przekrwione, wargi drżące, płaczliwe.I Edytka poszła spać, odchodząc rzuciła dyspozycję, żebym zgrzała zupę synkowi jak się pojawi, ale popatrzyła na mnie i dodała:
-Albo sam sobie odgrzeje w mikrofali.
Heniuś nie pofatygował się na fotel do salonu, tylko usnął na tarasie.
Wrzuciłam statki do zmywarki, żeby popływały, wypiłam kawkę, bo został cały dzbanek i pauza