12 kwietnia 2014 09:00 / 1 osobie podoba się ten post
Właśnie skończyłam czytać nowość wydawniczą. Masa - kobiety polskiej mafii"
Bardzo ciekawa książka. Jak sam tytuł wskazuje, traktuje o kobietach, ale ukazuje też inne aspekty przestępczego życia - wystawne życie, porachunki gangsterskie, kulisy wyborów Miss Polski, Miss Playboya i inne. Na pewno warto przeczytać. Jak ktoś chce, to mam w formacie mobi.
A teraz kilka urywków:
Przy okazji opowiem ci anegdotę z jego udziałem. Otóż mieliśmy znajomego Japończyka, który był właścicielem firmy Tip and Jeep. Mieściła się w warszawskim hotelu Metropol. Ojciec tego Japończyka też mieszkał w Warszawie, jego prawdziwą pasją było kolekcjonowanie znaczków pocztowych, a największą dumą – klaser z prawdziwymi bardzo cennymi skarbami filatelistycznymi. Jakieś drobne złodziejaszki dowiedziały się o kolekcji i dokonały włamania, podczas którego klaser zmienił właściciela. Szef Tip and Jeep poskarżył się nam i obiecaliśmy mu, że będziemy interweniować w tej sprawie. Zrobiliśmy rozpoznanie i okazało się, że klaser jest na melinie na Żoliborzu. Wysłaliśmy więc Barabasa i gangstera o pseudonimie Kwiatek, aby odzyskali własność starego Japończyka i wymierzyli – w granicach rozsądku – karę za kradzież. Po jakimś czasie wrócili, oczywiście z klaserem. Pytam Barabasa: Nie było większych problemów? A on na to: A gdzie tam! Dziadek spękał od razu, dostał kilka razy w bańkę, zawołał wnuczka i chłopak oddał klaser. Bo to wnuczek go zawinął. Zadowolony, że wszystko przebiegło bez przeszkód, zawiozłem zdobycz do Japończyka. Ten otworzył klaser i oniemiał. Ale nie ze szczęścia. Patrzy, a tu „rarytasy” Poczty Polskiej: jakieś łódki na jeziorze, wierzby mazowieckie, górnik z hutnikiem pod rękę. I pyta: Co to jest? Pański klaser – mówię. Ale skąd. W moim znajdowały się naprawdę rzadkie okazy z całego świata. To jakiś inny klaser. Przeprosiłem i obiecałem, że naprawimy błąd. Okazało się, że rozpoznanie, które zrobiliśmy z Kiełbachą, było dobre, tyle że Barabas i Kwiatek popieprzyli adresy i weszli do innego mieszkania. A tam też był skradziony klaser, tylko inny. Tymczasem złodzieje, którzy przywłaszczyli skarb Japończyka, mieszkali na Żoliborzu tuż obok upodlonego dziadka. Tym razem pojechaliśmy na miejsce mocną ekipą, w trzy samochody. Wywalamy drzwi (bo to nie był czas na kurtuazyjne rozwiązania), wchodzimy i… widok jak z jakiegoś włoskiego filmu o przedwojennej mafii. Pod oknem siedziała cała familia: z tyłu starszyzna, w drugim rzędzie młodsze pokolenie, a na przodzie dzieci. I wszyscy w skupieniu oglądali telewizję. Zupełnie jak na starej sepiowej fotografii. No, takich nurków to ja jeszcze w życiu nie widziałem! Skoczyła na nas jakaś kobieta w halce – tłuste łapska, obfity biust, dzikość w oczach. Też kobieta mafii, tyle że niższego szczebla. Żartuję. Barabas natychmiast ją schwycił za łeb i fruuu na podłogę. Ja wyłowiłem „wodzireja” tej grupy i też nieco go zmaltretowałem. Ale przyznał się, gdzie są klasery, i wkrótce je odzyskaliśmy.
Nawiasem mówiąc, była to bardzo wesoła stypa – wszyscy pili na umór, ciesząc się, że wreszcie pozbyli się Nikosia. Pili też zdrowie P. – człowieka, który Nikosia wystawił. On sam też tam był i zbierał gratulacje od uczestników, że tak dobrze się spisał.
Na razie Żaba, Chińczyk-Jąkała i Kuba W. krążą po stołecznych lokalach, z każdą godziną tracąc kontakt z otaczającym ich światem. Ten gigant trwał już kilka dni i był naprawdę rujnujący dla organizmów całej trójki. Bo wspomagali się nie tylko alkoholem, ale także kokainą, której Żaba był przecież królem. W pewnym momencie ktoś rzucił pomysł: lecimy do Tajlandii. Od słowa do słowa ekipa stawiła się na Okęciu i wkrótce była już w powietrzu. Niestety, stewardesy nie podają podróżnym kokainy i panowie powoli zaczęli odzyskiwać świadomość tego, co się dzieje. Żaba spojrzał rozkojarzonym wzrokiem przez okno i spytał: „Gdzie my jesteśmy?”. Padła odpowiedź: „Lecimy bo Bangkoku”. Żaba ukrył twarz w dłoniach i zaczął zawodzić: „O kurwa! Do Bangkoku? I Basia o tym wie? Nie wie? To przecież ona mnie zabije. Musimy natychmiast wracać!”. Nie da się jednak zawrócić lecącego samolotu, tym bardziej gdy znajduje się on daleko od Polski. Zdesperowany Żaba nie zamierzał się poddawać – doskonale wiedział, co go czeka w domu, jeśli nie zawróci maszyny. Najpierw więc pobiegł do stewardesy i nakazał jej, aby niezwłocznie udała się do kapitana i przekazała mu jego żądanie. Dodał, że pieniądze nie grają tu żadnej roli i on jest gotów ponieść koszty takiej operacji. Oczywiście nikt nie wziął na poważnie jego słów, więc ten zaczął grozić. Sytuacja stała się na tyle dramatyczna, że kapitan podjął decyzję o śródlądowaniu. Na lotnisku na całą trójkę czekał oddział antyterrorystów. Jakimś cudem Żabie udało się jednak wyłgać i nie odpowiadał za próbę uprowadzenia samolotu. Panowie nie tylko nie mieli kłopotów z prawem, ale nawet kontynuowali lot – skoro już się wybrali w tak daleką drogę, to uznali, że grzechem byłoby nie zobaczyć stolicy Tajlandii. Tam zresztą Żaba przeżył kolejną bulwersującą przygodę. Otóż Jarosław M. – facet skłonny do żartów – zaprowadził swoich towarzyszy do klubu nocnego, zapewniając, że jest to normalny lokal, w którym wielbiciele kobiecych wdzięków będą mieli ręce pełne roboty. Pozostali dwaj chętnie przystali na tę propozycję. Weszli do środka, zamówili drinki. Chińczyk, który wiedział, że za chwilę zacznie się afera, usunął się w cień. I rzeczywiście – ponętna Tajka usiadła Żabie na kolanach, a ten po chwili zorientował się, że coś jest z nią nie tak w sensie anatomicznym. I zrozumiał, że ma na kolanach geja – bo to był klub dla amatorów miłości w ramach jednej płci. Żaba, wychowany w tradycyjnym duchu, zareagował tak, jak mu natura podpowiadała – zdzielił towarzyszkę (towarzysza?) wieczoru w oko i wtedy rozpętało się piekło. Bo na pomoc poszkodowanemu przybiegli jego kompani (oczywiście w kobiecych przebraniach) i zaczęli tłuc kuflami pruszkowskich gangsterów. Za chwilę przyjechała policja i znów Żaba, Jakub W. i Chińczyk mieli kłopoty z prawem. Na szczęście dla nich skończyło się na niewielkiej grzywnie. Po dwóch tygodniach Żaba wrócił pokornie na łono rodziny i całą winę za swą nieobecność zrzucił na… kompanów.