13 marca 2014 23:14 / 30 osobom podoba się ten post
Wystrzałowy Sylwester we dwoje
Na Sylwestra bawilam sie różnie ale ten byl najbardziej wystrzałowy.
Pogoda nagle z nijakiej, mokrej ni to ni owo zmienila sie ze stanu cieczy w stan stały a nawet gazowy...Efekt był taki że poranek przywitał mnie bajecznym obrazem ...oszronione drzewa, siatki ogrodzen...ale najpiekniejsze były igły swierku przed oknem...świerk cały jak ze srebra. Stałam z zachwytem i pelną flądrą na twarzy...Coś cudownego...w dole miasteczko pogrązone w mglistej poświacie przez którą nieśmialo przebijały sie promienie słoneczne...
Było juz po 9tej, pani Danke czytała lekture a ja wdychałam mroźne powietrze o zapachu tytoniu :)
Około 11tej przyszedl Hos...dosłownie przyszedł...cały zziajany, czerwony i bardzo niezadowolony. Okazalo sie że magik mróz nie oszczędził ulic. Żadne autobusy nie jeżdża na czubek góry...ani do połowy...ani wcale...nie jeżdża...nawet po prostym. No to sie zmartwilam...od dwóch tygodni "podjeżdzam" autobusem właśnie prawie przed dom. Trudno - myślę- I tak musze po zakupy isc bo Stary Rok sie konczy a w lodówce konczą sie zapasy.
Chwyciłam zatem torbę na kółkach i ruszyłam w drogę mówiąc zwyczajowo do Hosa;
- Ja, ja...dwie godziny, wiem - w duchu smiejąc sie bo Hos, zwyczajowo juz podnosil rękę z zegarkiem ...:)
Mój uśmiech nie znikał do bramy...potem zaczął splywać...oddalać sie aż przepadł. Za bramą była górka. czy może byc na czubku wielkiej góry jeszcze górka? Otóż może byc. Tu sie mówi że pani Danke mieszka w lochu. Wjeżdza sie na czubek góry a potem schodzi z małej górki (jakieś pietro) niżej. Normalnie jest to proste, z wózkiem inwalidzkim nieco gorzej dla osoby pchającej ale jeszcze znośnie. Dzis natomiast ...stałam i zastanawiałam sie jak ja wejde na ten wzgórek. Dwie nogi nie wystarczą...a przeciez na czworakach nie moge bo co sąsiedzi powiedza? Że opiekunka z Polski już od rana Sylwestra świętuje?!
Trzeba sposobem myslę. No i torba do przodu...a ja sie wciągam...staję na bocznych krawędziach butów i znowu torba do przodu...itd Jakims cudem sie wciągnęłam. Ale zajęło mi to dodatkowo pare minut więcej z czego wynika ze zostało mi pare minut mniej na zakupy. Na prostej drodze nadrobię - myślę. I ruszyłam...nagle...nie wiadomo jak szast, prast...i oglądam niebo w pozycji horyzontalnej. Leże jak długa a torba na mnie. Ludzieee!!! Pozbierałam swoje czlonki i ruszyłam krokiem tanecznym i posuwistym...do krawędzi jezdni, która teraz niemal pionowo biegła w dół. Na szczescie, a może specjalnie, były poręcze...czasem te porecze siękonczyły i zjeżdzałam chwytając sie po drodze wszystkiego co możliwe...ogrodzen gałęzi...
I tak w koncu spłynnęłam na dół. Znowu powoli, juz wypracowanym krokiem łyżwiarskim dotarłam do sklepu...Spojrzałam na zegarek...straciłam 40 min cennego czasu. Nigdy tak długo nie zchodziłam...Wpadłam do sklepu i w sprinterskim tempie zrobialm zakupy. Smigałam między regałami z szybkością ponaddźwiękową. Zwolniłam przy kasie...a szkoda...może by nikt nie zauważył...Zaplaciłam i wyszłam. Zostało mi bardzo mało czasu. Jesli jazda w dół zajela mi 40 min to ILE zajmie w górę?! I jak ja pokonam tę góre?!
Powiem tak...to było starszne. Jeden krok w górę...pięc ślizgów w dół...czyli zrobiąłm 1 krok. W połowie drogi patrze ile do nieba zostało a tam...Ludzie!...No człowiek idzie. To niesamowity widok bo generalnie tu ludzie mieszkaja ale chyba z domow nigdy nie wychodzą. I to jaki człowiek! Hos sobie jedzie. Patrze na komórkę....pól godziny wczesniej wyszedł...dobrze wiedział co go czeka a musiał zdążyc na pociąg. Własnie o tej godzinie!. Bo Hos jeździ tylko TYM pociągiem. O TEJ godzinie. No taką ma zasade. I nie złamie jej nawet gdyby miał zostawić swoją mamę samą. A zostawil. Powiedzial "Hallo" i ślizgnął był sie w dół...i tyle go widzieli moje oczy.
Takiego nerwa dostałam że włosy mi sie zjeżyły i tak sie zagotowalam że buty parowały. Takiego "przyczepu" dostałam że nie wiem jak, kiedy wleciaalm do domu....To prawda...w desperacji i nerwie to człowiek góry i lodowce pokona.
A w domu pani Danke właśnie zapłakana, przez telefon z Rozi rozmawia.
- O jest Johana! - Zawołała radośnie w słuchawkę.
Potem oddała mi ją podala.
- Co sie stało? - słyszę
- Byłam po zakupy - mówię - Na ulicy glat. Hos wyszedł .
- Porozmawiam z nim - powiedzioała Rozi.
No tak..."porozmawiam"...jestem tu dostatecznie długo i dostatecznie jestem inteligentna żeby zauważyc że "rozmowa" miedzy rodzenstwem polega na pisaniu sobie kartek.Np "Gdzie jest ta ksiązka?", "Poszukaj sam"...to ostatni hit tej "rozmowy".
Pani Danke z czułością przytuliła moją dłoń do twarzy kiedy odkladałam słuchawkę.
- Och Johana...jak dobrze że juz jesteś. Tak sie bałam.
No ...wierze jej..i .przeszłyśmy do codziennego planu dnia...bardzo spokojnego ...zresztą.
Hos przywiózł sztuczne ognie. W takim kwadratowym pudełku...przypominały...hihiiii...ruskie katiusze. No i on powiedział że mam o 24tej te ognie zapalić pani Danke.
"Człowieku! - pomyslałam - Ty sie Boga nie boisz?! Ja tu jestem za opiekunke a nie za pirotechnika! Poza tym o tej porze pani Danke będzie spac więc sam jej puści jak przyjedzie.
Jak pani Danke będzie spac...o świeta naiwności!
Faktycznie Johan przyszedł punktualnie, położył panią Danke, pożyczył mi "wszystkiego najlepszego", dostał szrlotke którą upiekłam i nastała cisza. Wyszłam na ogród..i bardzo sie zmartwilam...całe miasteczko we mgle....nic nie widać. A chciałam zobaczyc fejerwerki...szade...
Niemniej o 23,30 mgła "nagle" opadła. Na niebie gwiazdy...z oddali muzyka i pierwsze wystrzały...jak pieknie!.
I tak sobie myślę że ja to juz na pewno nie moge sie za bardzo i na zapas cieszyc...bo kiedy tylko zacznę sie cieszyc to koniec tego cieszenia jest bliski. I tak było tym razem
Wystrzały sie nasilały a 5 min przed północa to juz sie zaczęło...
- Ratunku! - slysze- Złodzieje!
Wpadam do sypialni pani Danke a ona z paniką w oczach juz siedzi na wózku i krzyczy że złodzieje pukają do drzwi i strzelają i mam zamknąc bramę...
Uspokajam jak moge...że Sylwester, że fajerwerki...nic nie dociera...No tak żaluzje zasunięte nic kobieta nie widzi...Podnoszę żaluzje...ale sypialnia jest w takim miejscu że nie widać nic...
- Zasun! - krzyczy pani Danke - oni zaraz wejdą i nas zabiją!
Matko! Co robic? Zapakowałam panią Danke w koc, potem drugi...i wyjechałam na werandę.
Widok był cudowny...całe niebo w kolorach tęczy...
- Sylwester - móiwe - Frau T.
Pani Danke patrzy i zaczyna sie uśmiechac.
- Wszystkiego najlepszego Johana - mówi
Postałysmy tak chwilę i z obawy że mi sie przeziębi zabrałam ją do sypialni. Jeszcze było słychac strzały ale pani Danke zasnęła niemal natychmiast....
Ja natomiast nie. Cały czas myślałam o jej panice. Moja teściowa też podobnie zareagowała na pierwszy Sylwester po wylewie. Ale przed następnym podałam jej środki uspokajające...wystarczyło pójsc do lekarza ...
I znowu myślę co ta kobieta przezyła rok temu...wiem że była zupełnie sama ...