Poniedziałki są pełne atrakcji, więc czekałam na ten dzień z utęsknieniem.
Pani Mydełkowa ich nie cierpi. Od rana łyka tabletki, żeby się na Pudziana znieczulić. Kiedy rano wpadła w nutkę nostalgiczną, zamiast mnie krzyżówkowymi hasłami częstować już wiedziałam co się święci.Pozwoliłam jej poopowiadać o przyjacielu, który cierpi boleści na fotelu stomatologicznym( a dzisiaj czeka go kolejna wizyta) i jeszcze musi zająć się aparatem słuchowym, bo nie funkcjonuje tak jak powinien. Pocieszyłam ją słowami:
-Ale nie będzie słyszał borowania...

Na moje szczęście się zaśmiała.
Potem wpadła tyczkowata fizjoterapeutka i zrobiła z panią 3 rundki. Ja przerwy prawie nie miałam, bo obiadem-spontanem się zajęłam.
Ani się obejrzałam a już jechałyśmy do szpitala. Pudzian gadał jak nakręcony, bo na kulinarne tematy skręcił. Okazało się, że sam gotuje dla rodziny. Pani Mydełkowa zapytała czy szpitalne jedzenie wcina, ale stwierdził, ze za małe porcje i niesmaczne.
Ale na kuchni to on się zna. Perorował na temat wyższości sznycla wiedeńskiego nad węgierskim, które jadł na niedawnym wyjeździe jak prawdziwy uczony. A w międzyczasie dawał komendy:
-Knie untrer druecken...
Pani Mydełkowa broniła się jak mogła, to znaczy zagadywała, ale on ją już dawno prześwietlił i za dużo nie dopuszczał do głosu. Wziął sobie nogę mojej pdp oparł o bioderko i dalej w kolanku majstrować.A jakby tego było mało to jeszcze o ramię oparł. Pani Mydełkowej krew napłynęła do głowy,zaniemówiła , tylko lekko sykała, to ten zaczął mnie przepytywać co gotuję. I tu się oburzyłam w duchu, bo ja rehabilitacji języka zaleconej przez lekarza nie mam, ale że grzeczna jestem, więc coś tam bąkałam na odczepkę.Na koniec Pudzian zakomunikował, że w piątek Blondasa podeśle, bo musi wysłuchać koncertu w szkole muzycznej, do której uczęszcza córka, bo oczywiście córa wystąpi. Mnie to akurat bez różnicy. Blondas może mniejsza bomba, ale przynajmniej mnie nie tyka.
W domu pieronem obiad i już się ktoś dobija.
A kto i dlaczego to przeczytaliście w radiu.
I tak moja pauza poobiednia miała wychodne.
Wieczorem przybył pan Bródka , na którego szykowałam się w napięciu. Zaatakowałam pytając o zdjęcia z weekendowego wyjazdu.
I co?
Powiedział, że kabel do komórki się zepsuł, bateria padła i nie zrobił.
Ale mnie nie zmyli. Te przymrużone oczka mi podpowiedziały, że on tego kabla pozbył się specjalnie...

Oj, Bródka, ty się jeszcze doigrasz...