A ja się pochwalę, że zjadłam pierwszą w swoim życiu krewetkę i nie zwymiotowałam. Byłam z Dziadkami w Hanowerze u neurologa i Babcia zaprosiła nas do chińskiej restauracji. Przyznam się, że nigdy w takim czymś nie byłam.
Ślicznie tam było i mnóstwo jedzonka, które każdy mógł sobie nabierać sam - co chciał i ile chciał. Ja specjalnym smakoszem nie jestem, tradycyjnie omijałam miejsca, w których było wszelakiego rodzaju mięsiwo

Za to bardzo smakował mi zapiekany ryż, polany sosem słodko-kwaśnym i zapiekane ananasy. Coś pysznego. Okazało się, że obok tych ananasów są też zapiekane banany. Wszystko to była w takim cieście. Stwierdziłyśmy z Babcią, że bierzemy dokładkę

. Poszłam do tego kącika z zapiekanymi owocami, nałożyłam sobie po kilka i wróciłam do stołu.
Wzięłam do buzi, przegryzłam coś chrupnęło.... i już wiedziałam co to jest. Babcia popatrzyła na mnie wystraszona, bez słowa całą resztę z mojego talerza przełożyła na swój i podaje mi chusteczkę i mówi - wypluj. Połknęłam, przepiłam wodą, uspokoiłam żołądek i przeżyłam

.
A swoją drogą w tej chińskiej restauracji to jest ciekawa logika. Tam gdzie są owoce postawili też owoce morza. Jak frutti, to frutti, niezależnie ile to ma protein i czy wcześniej żyło i rosło, czy tylko rosło
