Odkąd jeżdżę do de - przestałam stresować się detalami. Siedzimy teraz z mężem po obiedzie. Mąż właśnie szuka adekwatnej muzyki, herbatkę parzy. Posiedzimy, pogadamy.
Pierniki upieczone, pierogi zrobione, buraczki kiszą się na barszcz. A ja luzik, zrobię ile zrobię i ani odrobinki więcej. Nie spinam się. Mieszkanie ogarnęłam i po raz pierwszy od dziesięcioleci nie mam nerwa przed swiętami.
Mentalnie odpoczywam - na urlopie jestem. 2 stycznia wracam do pracy, a teraz - luzik...
Za potrawy i ciasta wezmę się za tydzień - ten najbliższy poświęcę na "remanent" w szafach odzieżowych. Dobrze, że mój ANIOŁ już wszystkie okna pomył, ja tylko "dopieszczam" Srodkowe pomieszczenia. Na zewnątrz też już mam świąteczną dekorację.



