Dzień minął słonecznie. Wywiozłem moją Pdp na wycieczkę nad jezioro. Spokojnie, cicho i kolorowo.
Kolacji nie jadłem, bo usiedliśmy i lody waniliowe podano.
Posiedzieliśmy z Babcią na powalonym blisko tafli wody, pniu drzewa. Obserwowaliśmy ptaki wodne, poszukujące pożywienia.
Za to teraz jestem bardzo głodny. Wyciągnąłem piwo bezalkoholowe z lodówki i jakby lepiej.
A tak w ogóle, to dopołudnie straciłem na poszukiwaniu butów dla siebie. Bo dla Pdp już zakupiliśmy w ub. tyg. Ale odstawiłe je do kąta, a ubiera i tak stare.
Te niemieckie buty to masakra jakaś. Albo też taki wybredny jestem. Co ciekawe, że jak wejdę do polskiego sklepu, to mógłbym na wstępie kupić kilka par. A tu, byłem już w trzech sklepach, i nic. Jak nie gniotą, to twarde jak dyby. Jak dobre, to ze sztucznej skóry, albo źle wyprofilowane. Już zrezygnowałem z zakupU.
