Chcę się podzielić swoim doświadczeniem. Miałam PDP, do której jeździłam kilka razy i pracowałam 3/3. Stał u niej taki aparat za pomocą którego miałam natychmiast kontakt z Czerwonym Krzyżem. Dwa razy dziennie, rano i wieczorem (8.00 i 20.00) potwierdzałam żóltym guzikiem, że wszystko z PDP ok. Jak zapomniałam to dyżurujący tam lekarz dzwonil w przeciągu godziny na stacjonarny i dopytywał czy coś się dzieje, bo nie było meldowania. W razie potrzeby natychmiastowej pomocy należało przycisnąc czerwony guzik i wtedy przyjeżdżali natychmiast, mieli nawet klucze. Był też taki aparat na rękę z czerwonym guzikiem, który zakładałam PDP gdy wychodziłam z domu. Podopieczna nie była leżąca, kontaktowała wszystko, była jeszcze na chodzie i miała tylko w zasadzie lekką demencję i stracholęki. Było to wszystko do opanowania i nie używałyśmy czerwonego guzika, za wyjątkiem kilku pomyłek tzw. fałszywych alarmów, które zdążyłam w porę odwołać. Kiedy jechałam kolejny raz wiedzialam, że stan PDP uległ pogorszeniu bo był wylew i lekki paraliż prawej strony ale współpracowała przy myciu, ubieraniu, samodzielnie jadła. PDP miała 2 synów, mieszkali w innym mieście, ok. 70 km.W 3 dniu mojego pobytu po myciu, a przy ubieraniu w salonie PDP straciła przytomność i bezwładnie leciała z fotela. Trzymałam ją, dosuwając fotel do tego aparatu z czeronym guzikiem. Przyjechali natychmiast i chcieli ją zabrać do szpitala ale ja czułam, że trzeba zadzwonić do syna. Lekarz po rozmowie z synem zabiera się do wyjścia a ja trzymam PDP z całej siły bo by z tego fotela runeła na podlogę. Wołam za lekarzem żeby mi pomógł a on się wraca i mówi, że pacjentka ma umierać w domu więc oni już tu nic nie mają do zrobienia a syn zaraz przyjedzie. Wiedziałam, że to zaraz to 2 godziny jazdy bo to w górach było a ja nie utrzymam jej tyle czasu. Dostałam furii, krzyczalam na lekarza, żeby mi pomógł umieścić PDP w łóżku, nawet jak ma umierać to przecież nie tak. Pomógł mi w końcu ale był bardzo ździwiony, że ja się tego domagam. PDP żyła jeszcze tydzień ale to była już agonia. I też na pytanie syna wyraziłam wolę że zostanę do pogrzebu a potem się okazało, że czekałam 2 tygodnie na pogrzeb a potem jeszcze 2 dni na mój autobus mieszkając sama w tym wielki domu.
Nigdy nie zrozumiem do czego miał służyć ten aparat do natychmiastowego wzywania pomocy, jeśli wiadome było, że lekarze nie mogą udzielić tej pomocy.
