12 stycznia 2014 20:54 / 2 osobom podoba się ten post
Wiecie,czego ja nie jestem w stanie pojąc?Tego ich trzymania sie pazurami swoich dóbr doczesnych,ze tak powiem.Ja wiem,że przywiazujemy się do rzeczy,że należy o nie dbać,coby starczyły na długo itd,jednak u ludzi np po 85 roku zycia to wszystko,co latami gromadzili jest niezwykle cenne.Trzeba uważać,żeby nie poobijać,nie popsuć,nie porysować ,a przecież wiedzą,ze dzieci sa już na swoim i na pewno nie zechcą sobie meblować domu tymi starymi,niemodnymi meblami,nie wezma ich zastaw stołowych,garnków,odkurzaczy,pralek.A odkurzanie takiego zastawionego tysiacem drobiazgów domu to horror.
Moja podopieczna np zdaje sobie z tego sprawę i jest wyjatkiem.Nieraz rozwazamy,co i komu dać w prezencie po jej śmierci-naturalnie w zartach.Zresztą ona juz dużo rzeczy porozdawała swoim terapeutom.Ale np nie wolno mi wynieść z kuchni od lat nieuzywanych duzych garnków,zajmujących tylko miejsce-bo sie zniszczą w piwnicy.
Ale jak np słyszę od PDP,że poprzednia opiekunka zarysowała meble odkurzając,to aż mnie skręca.Przecież tych gratów nikt nie zechce,a do grobu ich nie weżmie.
Ja taka nie będę na starość(o ile nie sfiksuję)
I druga rzecz,której pojąc nie jestem w stanie-jak tylko usłyszą,że wołowina czy drób są zarażone i moga zaszkodzic,natychmiast nie chcą tego jeść.A przecież oni nawet nie zdążą zachorować,bo przewaznie smierć stoi juz za drzwiami.
I jeszcze jedno mnie niezmiennie drazni-takie puste gadanie,że ja chcę umrzeć,nie chcę juz dalej żyć przy jednoczesnym trzymaniu się tego życia pazurami,latanie z najdrobniejszą dolegliwościa do lekarza i oczekiwanie na cud.Czy tak trudno jest zaakceptować starość i zwiazane z nia słabości?
Mam w rodzinie takie 2 osoby,jedna z nich ma pretensje do swiata,ze wszystko boli,żle funkcjonuje i majatek wydaje na prywatne wizyty u lekarzy.Druga zaś,też schorowana,nawet nie chce do lekarza iść,bo uważa,ze lekarz juz i tak jej nie pomoże,bo na starość wszystko szwankuje i lepiej nie będzie.