Jak minął dzień

20 lutego 2016 17:50 / 5 osobom podoba się ten post
Nie mogę znaleźć tego, czego szukam, więc: ostatni dzień minął, siedzę na walizce i reklamówce, niebawem odjadę z Hamburga A z Wami pewnie wkrótce się przywitam
20 lutego 2016 18:04 / 1 osobie podoba się ten post
Kobietka

Nie mogę znaleźć tego, czego szukam, więc: ostatni dzień minął, siedzę na walizce i reklamówce, niebawem odjadę z Hamburga :zalamka2:A z Wami pewnie wkrótce się przywitam :zakochana:

Szerokiej i spokojnej drogi :)
20 lutego 2016 18:07 / 1 osobie podoba się ten post
Kobietka

Nie mogę znaleźć tego, czego szukam, więc: ostatni dzień minął, siedzę na walizce i reklamówce, niebawem odjadę z Hamburga :zalamka2:A z Wami pewnie wkrótce się przywitam :zakochana:

Szczęśliwej, bezpiecznej podróży Kobietko życzę odpocznij sobie,,
05 marca 2016 20:33 / 6 osobom podoba się ten post
Już po robocie... Doszłam do wniosku, że jestem istota nizinną i górki i pagórki nie dla mnie... Łamie mnie zmiana klimatu i to niczym nieskażone powietrze... żadnego smogu... We Wrocławiu to jak się wdycha to wiesz - miasto ! Idę zapalić żebym nie dostał jakiegoś wstrząsu od nadmiaru świeżego powietrza i to jeszcze dobrze zjonizowanego bo cały dzień pada... )))
05 marca 2016 22:01 / 2 osobom podoba się ten post
a ja przez 2 dni przy lozku babci , wyhaftowalam polowke bardzo pracochlonnej serwety i d...o boli mnie od siedzenia.
05 marca 2016 23:11 / 4 osobom podoba się ten post
W tym tygodniu nie mam zupełnie czasu na pisanie /czytanie na forum. Dlatego zamieszczę swoje zapiski z wczorajszego dnia. Mam nadzieję, że nie wywołam tym urywkiem z mojego życia opiekunkowego wielkiego zamętu, gdyż wstawiam poniższy tekst na zasadzie kopiuj-wklej:


26.dzień – piątek
 
Dzisiaj zdałam sobie sprawę z wartości mojego dziennika. Jest to takie moje narzędzie do odreagowania emocji, wyciszenia i analizy przeżyć w tej tak trudnej pracy. Zawód ten wiąże się niestety z samotnością, chociaż mam kontakt medialny z rodziną i znajomymi, ale to nie zastąpi normalnego życia, tak jak w domu. PDP jest po prostu moją pacjentką, którą się opiekuje i zapewniam jej wygodne życie. Rodzina PDP niby jest dla mnie miła i w ogólnym zarysie w porządku, to niestety nigdy nie będą moimi przyjaciółmi w potocznym tego słowa znaczeniu. Dystans jest i nie ma sensu go przełamywać. Żywo uczestniczę też w społeczności wirtualnej forum opiekunki24. Tu jednak ograniczam swoje wpisy z różnych przeżyć i problemów, ponieważ często się zdarza, że nie jestem rozumiana, poddawana nie zawsze słusznej ocenie i krytyce. Wiadomo, tu piszą różni ludzie i mogą wypisywać cuda niewidy, bo są niejako anonimowi. Wydawałoby się, że codzienność w takiej pracy to nuda irutyna. Ja jednak jestem innego zdania. Każdy dzień przynosi coś nowego, zazwyczaj jakieś wyzwania i problemy do rozwiązania. Dzisiaj również miałam dość emocjonujące przejścia z PDP, ale opiszę to po kolei.
 
Do południa jak zwykle byłam zajęta sprawami PDP i Haushaltu. Próbowałam wyciągnąć ją na spacer, ale już straciła pawera do takich przedpołudniowych ćwiczeń. Pozostawiłam ją więc w spokojności fotelowej i z pół godziny pomyszkowałam w internecie. Przy gotowaniu obiadu włączyłam sobie jakiś film na You Tubie i z przyjemnością go obejrzałam. Niestety na takie rzeczy mam bardzo mało czasu.
 
Przy obiedzie znowu uświadomiłam sobie, że Ela zapomniała o dolegliwościach związanych z uchem...hihi. Natomiast od rana marudziła w sprawie swojej paskudnej grzybicy skórnej. Odkąd tu jestem, regularnie co kilkanaście dni wychodzi jej to dziadostwo w obszarach pod biustem (ma dość obfity, czyt. obwisły) i w fałdzie podbrzusznej (też obwisłej, bo ma duży brzuch). Jest to typowa drożdżyca skóry. Wcześniej wystarczyło posmarować Multilindem i po paru dniach zmiany cofały się. Teraz od samego początku turnusu nie mogę tego wygasić. Jak przyjechałam, to miała bardzo rozległe zaczerwienia i zmiany infekcyjne. Ponad tydzień smarowałam jej tym kremem i nie ustępowało. Kiedy była przeziębiona i doktorowa do niej przyjechała, powiedziałam jej o tym. Obejrzała i potwierdziła, że to grzybica. Przepisała maść, którą smarowałam te infekcje kolejny tydzień. Trochę podgoiło się, ale moja dama histerycznie nalegała, żeby skończyć z tym smarowaniem, bo już jest dobrze. Przerwałyśmy więc terapię, a powinnam po tygodniowej kuracji maścią z recepty znowu wprowadzić Multilind. Tak zaleciła doktorowa. Na całym obszarze, gdzie wcześniej były zmiany zapalne, pozostały blado-brązowe przebarwienia skóry. Wiedziałam, że to nie koniec leczenia. Długo nie musiałyśmy czekać, bo powoli znowu to wychodzi na powierzchnię. Tym razem wyskakują takie czerwone punktowe plamy – trochę inne jak w poprzednich rzutach. Dzisiaj jej o tym powiedziałam i tym samym dałam jej nowy motyw do marudzenia. Trudno ją przekonać, że ma błędne pojęcie o tym problemie. Po obiedzie znalazłam informacje w języku niemieckim na temat grzybicy i przeczytałam jej, żeby zrozumiała istotę problemu. Ten wykład uświadomił jej wreszcie, że ona ma naprawdę tę przypadłość. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że podziała to na nią, jak czerwona płachta na byka. Zdenerwowała się i rozkręciła emocjonalnie, że z tego powodu miałam z nią problem do końca dnia. Jestem durna i to doświadczenie zapamiętam na zawsze.
 
W planie miałyśmy wyjazd na 15.00 do centrum handlowego, gdzie odbywał się jakiś pokaz markowej odzieży. Z powodu grzybiczej histerii moja pani zrezygnowała z tego. Natomiast pojechałyśmy do zaprzyjaźnionego doktora (w stanie spoczynku), aby obejrzał to i coś poradził. Ja nie wchodziłam do domu doktorostwa, tylko poczekałam na Elę w samochodzie (tak sobie zażyczyła). Po kilkunastu minutach wyszła do mnie doktorowa i wypytała mnie, co i jak z tą infekcją skóry się działo. Ela wszystko pomieszała i opowiadała bajki, co ci znajomi szybko rozpoznali. Oni potwierdzili tylko diagnozę i zalecili pielęgnować te miejsca w sensie higienicznym tzn. dokładnie myć, osuszać i pudrować (zawsze tak robiłyśmy) oraz udać się do dermatologa w sprawie dobrania odpowiedniego leczenia. Efekt tej wizyty był taki, że Ela jeszcze bardziej się zdenerwowała i nakręciła swoje hipochondryczne struny. Opinia znajomego doktora wybrzmiała dla niej, jak wyrok.
 
Od tej pory, aż do 20.00 miałam z nią us..nie. Już nie mogłam jej słuchać i po ogólnym zaopatrzeniu i załadowaniu do fotela, poszłam na górę i zajęłam się gotowaniem oraz szykowaniem kolacji. Po obiedzie zaczęłam gotować spiczastą kapustę, aby jutro na obiad mieć podszykowaną potrawę. Myślałam, że jak poleży w samotności, to się uspokoi. Niestety było inaczej. Przed kolacją wprowadziłam ją na górę, a ta zaczęła tak wygadywać i wydziwiać, jakby to była jakaś śmiertelna choroba. Normalnie wulkan konfabulacji na ten temat. Próbowałam ją uspokoić, ale bez skutku. Zaczęła fiksować, że źle się czuje, że ma pewnie wysokie ciśnienie itd., no i że nie mogę pójść na moją przerwę, bo ona nie może zostać sama. Zmierzyłam jej ciśnienie i nie było takie złe 139/74. Oczywiście powiedziałam, że jest o parę punktów mniejsze, aby jej nie nakręcać. Przy tym wszystkim Ela próbowała dodzwonić się do starszej córki (bezskutecznie). W końcu ja napisałam do niej SMS o tym, co się dzieje i żeby zadzwoniła do matki. Zaraz też skontaktowałyśmy się.
 
Wkurzyłam się tym jej wariactwem, bo naprawdę nie było powodu, aby aż tak cyrkować. Przykro mi było, że nie mogę wyjść do kościoła. Dzisiaj zaczęły się rekolekcje wielkanocne i miałam nadzieję, że chociaż w piątek i sobotę będę w nich uczestniczyła. W Polsce już nie będę miała możliwości, bo jadę do domu w wielką środę. Chcę też pojść do spowiedzi, a tu taka niespodziewana przeszkoda. No cóż, z żalem pozostałam w domu. Zaprowadziłam moją staruszkę na dół do jej fotelowego legowiska, a sama włączyłam sobie w laptopie drogę krzyżową i pomodliłam się. W tym czasie Kaja przysłała mi SMS, abym zostawiła babkę, ona zadzwoni do niej i będzie z nią długo rozmawiać. Ponieważ miałam jeszcze szansę na udział w najważniejszej części rekolekcji tj. Mszy św. o 20.00, szybciutko zebrałam się i pojechałam. Przy wyjściu z domu Ela rozmawiała przez telefon z Kają i była już spokojna. Pojechałam do kościoła, ale już nie miałam możliwości pójścia do spowiedzi, no trudno, może jutro mi się to uda. Cieszyłam się, że chociaż na mszę zdążyłam.
 
Po powrocie Ela już była kontaktowa. Przepraszała mnie, że narobiła tyle zamieszania. Była już 21.00. więc zaraz zapakowałam ją do łóżka, aby mieć wreszcie spokój. Ech, to wszystko mnie dzisiaj dość mocno wycieńczyło psychicznie. Ciężki to kawałek chleba ten nasz zawód.
 
05 marca 2016 23:34 / 6 osobom podoba się ten post
Zosia- to juz wiesz ,że z demencyjnym pacjentem nie ma co rozpoczynać dyskusji na jakiś gnębiący go temat...Nic to nie daje:( a często ,jak u Twojej PDP powoduje zdenerwowanie i "nakręta":(W kwestii grzybicy dobre efekty daje pudrowanie zmian,takich w fazie początkowej jeszcze, talkiem z dodatkiem olejku herbacianego- dezynfekuje i osusza,nadaje się bdb do tych miejsc gdzie nie dochodzi powietrze,takie fałdy właśnie.W PL jest taki puder,niby do stóp,ale można pudrować całe ciało.Czy coś podobnego jest w D to nie wiem,nie potrzebowałam.Ale może warto sprawdzić lub doktorowej czy rodzinie zasugerować:)

A w temacie to dzień minął mi pracowicie i wizytowo.Znaczy narobiłam się jak dzika i sąsiadka mnie odwiedziła:)A ten człowiek co się u nas wczoraj powiesił,był okazało się na misji w Afganistanie kilka razy, były już wojskowy i po nich już było z nim nie za bardzo,jeśli chodzi o psychikę,pił i żonę lał okropnie:(Wcześniej nie był taki. Tak sobie dziś o tym myślałam,że jak na taką małą wieś /350 duszyczek/ to w 6 lat,jak mieszkamy tu trzy samobójstwa były,sami mężczyźni.Facet idzie i się wiesza jak się coś dzieje ,a kobieta się otrząsa i "ciągnie wózek" dalej.A mówia o nas "słaba płeć".....nisłusznie bardzo.
07 marca 2016 11:09 / 6 osobom podoba się ten post
Podzielę się z Wami przeżyciami z dnia wczorajszego, czyli niedzieli:


Kolejny tydzień dobiega końca. Dzisiaj nie mogę uczestniczyć w polskich rekolekcjach w kościele Hl.Geist ponieważ po południu jedziemy na koncert. Z tego powodu szykowałam się do innego kościoła na mszę przedpołudniową. Przy śniadaniu dodzwoniłyśmy się jeszcze do organizatorów koncertu i zamówiłyśmy bilet również dla córki Kai. Wczoraj z mamuśką uzgodniła, że z nami pojedzie.
 
Na Mszę pojechałam do Mayernberg. Odprawiał mój znajomy ksiądz z pielgrzymki (pochodzi z Azerbejdżanu). Bardzo mi się podobają Msze sprawowane przez niego. Jego kazania to słowa prawdziwego posłańca bożego, mówione z serca, nie czytane z kartki, wydrukowanej gdzieś z internetu. Naprawdę ten kapłan ma ducha bożego i swoją posługę spełnia z prawdziwym oddaniem. Jest to jedyny ksiądz tu spotkany, który jest duchownym, a nie urzędnikiem kościelnym. Bardzo mi się to podoba. Dzisiaj jest tzw. niedziela Letare, czyli niedziela radości. Mimo postu powinniśmy się cieszyć, że bliskie jest wybawienie człowieka, że Pan jest blisko, że mamy szansę na wspaniałą wieczną przyszłość i to od nas zależy, czy zechcemy z niej skorzystać. Ksiądz ten zapamiętał mnie i podając mi komunię powiedział po polsku „ciało Chrystusa”. Wybrzmiało mi to jakby osobiste i bezpośrednie słowo przychodzącego do mnie Jezusa. Poczułam ogromną radość z tej Eucharystii. Przy wyjściu z kościoła kapłan jeszcze radośnie mnie pozdrowił. Bardzo miło mi się zrobiło – przez takie gesty odczuwam, że Pan Jezus napełnił mnie swoją radością. Opuściły mnie wszystkie zmory niemiłych przeżyć z tego tygodnia. Chwała Panu.
 
Po powrocie do domu szybko dokończyłam gotowania obiadu, bo przed wyjazdem wszystko sobie przygotowałam. Zjadłyśmy obiadek w normalnej porze. Ela poszła do swojego fotela, a ja posiedziałam sobie w jadalni przy komputerze. O 15.00 zrobiłam kawę. Kaja miała przyjechać do nas o 16.00 i razem miałyśmy jechać do Burg Rabenstein babki samochodem. O 15.30 Kaja zadzwoniła z dramatyczną informacją, że w ich kamienicy (ona też tam mieszka), w jednym z wynajmowanych mieszkań zaistniało jakieś zagrożenie wybuchu gazu z termy. Ponoć była straż, policja i pogotowie i wielka akcja ewakuacyjna. Z tego powodu ona nie może z nami jechać. Ela przejęła się tym, ale Kaja powiedziała, że wszystko jest pod kontrolą, nikomu się nic nie stało i nie ma żadnych strat materialnych. Możemy spokojnie jechać same na ten koncert. Ok, nie zrezygnowałyśmy więc z wyjazdu. Wyszykowałam najpierw siebie, potem PDP. Przed samym wyjściem z domu Kaja jeszcze raz zadzwoniła z informacją, że wszystko jest już sprawdzone, akcja straży pożarnej zakończona i mieszkańcy mogli wrócić do domu. Jakoś mi się nie chciało wierzyć w te wydarzenia. Eli jednak nic nie powiedziałam. Później jednak dostałam zdjęcia straży pożarnej działającej na ich ulicy. Czyli są dowody na to, że Kaja nie zmyśliła sobie tego, aby wykręcić się od naszej wycieczki. Dobrze, że trzymałam język za zębami, gdy miałam wątpliwości.
 
Burg Rabestein znajduje się około 35 km od BT. Jest położone w terenie górzystym. Droga to tej miejscowości jest trochę niebezpieczna, a dzisiaj jest brzydka pogoda, pada deszcz, co zwiększa niebezpieczeństwo podróży. Byłam już tam z Elą w grudniu na innym koncercie i bardzo się wtedy umęczyłam w drodze powrotnej. Z tego powodu postanowiłam tym razem pojechać inną trasą. Część drogi to autostrada, a od zjazdu z niej 10 km Landstrasse. Niestety ten odcinek od autostrady do miejsca docelowego okazał się bardzo górzysty i droga serpentynowa. Musiałam jechać bardzo powoli. Ela ma dużego Angsta podczas jazdy samochodem, a tu jeszcze taka niebezpieczna droga. Ciągle ględziła: wolniej, wolniej...., ale ja nie zwracam uwagi na jej marudzenie, sama wiem, gdzie należy jechać ze zwiększoną ostrożnością. W ogóle była niezadowolona, że wybrałam trasę z autostradą, bo boi się dróg szybkiego ruchu się jeszcze bardziej. Z powrotem pojechałam starą Landstrasse, ale tu też jest odcinek około 10km z bardzo niebezpiecznymi górskimi zakrętami. Na pewnym odcinku, gdy droga wiodła cały czas pod górę, samochód ledwo dawał radę jechać na trójce. Musiałam wrzucić na dwójkę, abyśmy mogły normalnie podjechać. Ten samochodzik PDP ma już bardzo słaby silnik i nie nadaje się na takie wyprawy.
 
Sam koncert, to muzyka poważna „Perlen der Kammermusik” (skrzypce, altówka i wiolonczela) z repertuaru Mendelssona i Verdiego, grany przez Lenbach Quartett Muenchen. Dotychczas nie interesowałam się muzyką klasyczną i niewiele jej słuchałam. Powoli jednak zaczyna mi się to podobać. Tego koncertu też wysłuchałam z przyjemnością. Na żywo i w tak wspaniałych wnętrzach, jakie są tutaj w tym zamku, taka muzyka brzmi zupełnie inaczej, niż przez radio. No, dzięki mojej PDP rozwijam się w tym kierunku.... hihihi. Ela była zachwycona i dobrze. Bardzo się cieszę, że mogłam jej zorganizować takie kulturowe przeżycia.
 
Ta niedziela upłynęła mi dość sympatycznie. Po całym trudnym tygodniu mam wreszcie chwilę oddechu psychicznego. Dzięki Ci Panie Boże za te drobne radości i chwile spokoju. 
07 marca 2016 11:35 / 4 osobom podoba się ten post
Szanuję ludzi głęboko wierzących,choć ich nie pojmuję...
07 marca 2016 11:35 / 2 osobom podoba się ten post
Zofija, bardzo mi się podoba to co napisałaś, szczególnie o tym księdzu z powołania.......takie msze nastrajają pozytywnie na cały tydzień....Chwała Panu.
Wczoraj też byłam w kościele i bardzo jestem zadowolona.......uśmiecham się do wszyskich ludzi , bo przecież jestem kochana rzez Pana Boga.
Martwi mnie tylko, że w naszym kraju jest coraz wiecej nienawiści i coraz mniej dobrych księży którzy odciągają ludzi od kościoła.
Martwię się bo nie mogę poznać moich koleżanek z którymi chodziłam na wspólnotę.....widzą tylko zagrożenie wszędzie.....nie ma w nich miłości do człowieka.....
Przebywam teraz czesto z dziewczynami po przejściach i szkoda, że nie znalazły pocieszenia w kościele.....a wręcz odwrotnie.
Dobry prawdziwy ksiądz jest na wagę złota......
07 marca 2016 13:02 / 3 osobom podoba się ten post
Marta

Szanuję ludzi głęboko wierzących,choć ich nie pojmuję...

Witam w klubie. Też ich szanuje choć nie rozumiem. 
07 marca 2016 13:11 / 6 osobom podoba się ten post
Szanuję,bo szanuję ludzi którzy mają w życiu jakiś cel,jakieś reguły,potrafią sobie narzucić zasady których się trzymają...a nie pojmuję,bo nie pojmuję wiary,mój umysł odrzuca wszystko co nieracjonalne a wiara racjonalna nie jest.Obserwacja rzeczywistości i przeżyte lata prowadzą mnie do wniosku że światem rządzi...przypadek.
07 marca 2016 13:44 / 2 osobom podoba się ten post
Marta

Szanuję,bo szanuję ludzi którzy mają w życiu jakiś cel,jakieś reguły,potrafią sobie narzucić zasady których się trzymają...a nie pojmuję,bo nie pojmuję wiary,mój umysł odrzuca wszystko co nieracjonalne a wiara racjonalna nie jest.Obserwacja rzeczywistości i przeżyte lata prowadzą mnie do wniosku że światem rządzi...przypadek.

Mam trochę podobnie jak Ty. Ale to temat bardzo rozległy.
07 marca 2016 13:51 / 4 osobom podoba się ten post
Marta

Szanuję,bo szanuję ludzi którzy mają w życiu jakiś cel,jakieś reguły,potrafią sobie narzucić zasady których się trzymają...a nie pojmuję,bo nie pojmuję wiary,mój umysł odrzuca wszystko co nieracjonalne a wiara racjonalna nie jest.Obserwacja rzeczywistości i przeżyte lata prowadzą mnie do wniosku że światem rządzi...przypadek.

Nie jest tak zupełnie nieracjonalna- pierwszy zbiór zasad- dekalog. Dostosowany do ówczesnych ludzi, a bez jego przestrzegania powstałby chaos. Teraz w miarę rozwoju ludzkości i cywilizacji, jakby ktoś miał ten dekalog uzupełnić, to wyglądałby trochę inaczej, ale w dalszym ciągu pierwotna wersja by była podwaliną, bo nic nie może np, na świnstwie i manipulacjach nieskonczenie funkcjonować. Fakt, żeby poddać się zasadom, trzeba zaufać, żeby narzucić sobie zasady, trzeba się temu poddać, zwyciężyć siebie, słabości- a to też jest w dekalogu zawarte. Nie jestem ortodoksyjną katoliczką, raczej badaczem, obserwatorem ludzkiej natury i zauważyłam, że te zasady w wielu wyznaniach i teoriach pokrywają się.
Swiatem nie rządzi przypadek- to co się dzieje, to konsekwencje naszych wyborów i postępowania- mamy rozum i wolną wolę :)
07 marca 2016 14:04 / 3 osobom podoba się ten post
Daleka jestem od odciągania kogoś od religii.Wprost przeciwnie,uważam wiarę za wielki dar,niestety nie wszystkim jest on dany.Zależy o typu umysłu jaki ktoś ma.Mój niestety tak jest skonstruowany że analizuje i niczego nieracjonalnego nie przyjmuje.
Szkoda,żyłoby mi sie może łatwiej i prościej