05 marca 2016 23:11 / 4 osobom podoba się ten post
W tym tygodniu nie mam zupełnie czasu na pisanie /czytanie na forum. Dlatego zamieszczę swoje zapiski z wczorajszego dnia. Mam nadzieję, że nie wywołam tym urywkiem z mojego życia opiekunkowego wielkiego zamętu, gdyż wstawiam poniższy tekst na zasadzie kopiuj-wklej:
26.dzień – piątek
Dzisiaj zdałam sobie sprawę z wartości mojego dziennika. Jest to takie moje narzędzie do odreagowania emocji, wyciszenia i analizy przeżyć w tej tak trudnej pracy. Zawód ten wiąże się niestety z samotnością, chociaż mam kontakt medialny z rodziną i znajomymi, ale to nie zastąpi normalnego życia, tak jak w domu. PDP jest po prostu moją pacjentką, którą się opiekuje i zapewniam jej wygodne życie. Rodzina PDP niby jest dla mnie miła i w ogólnym zarysie w porządku, to niestety nigdy nie będą moimi przyjaciółmi w potocznym tego słowa znaczeniu. Dystans jest i nie ma sensu go przełamywać. Żywo uczestniczę też w społeczności wirtualnej forum opiekunki24. Tu jednak ograniczam swoje wpisy z różnych przeżyć i problemów, ponieważ często się zdarza, że nie jestem rozumiana, poddawana nie zawsze słusznej ocenie i krytyce. Wiadomo, tu piszą różni ludzie i mogą wypisywać cuda niewidy, bo są niejako anonimowi. Wydawałoby się, że codzienność w takiej pracy to nuda irutyna. Ja jednak jestem innego zdania. Każdy dzień przynosi coś nowego, zazwyczaj jakieś wyzwania i problemy do rozwiązania. Dzisiaj również miałam dość emocjonujące przejścia z PDP, ale opiszę to po kolei.
Do południa jak zwykle byłam zajęta sprawami PDP i Haushaltu. Próbowałam wyciągnąć ją na spacer, ale już straciła pawera do takich przedpołudniowych ćwiczeń. Pozostawiłam ją więc w spokojności fotelowej i z pół godziny pomyszkowałam w internecie. Przy gotowaniu obiadu włączyłam sobie jakiś film na You Tubie i z przyjemnością go obejrzałam. Niestety na takie rzeczy mam bardzo mało czasu.
Przy obiedzie znowu uświadomiłam sobie, że Ela zapomniała o dolegliwościach związanych z uchem...hihi. Natomiast od rana marudziła w sprawie swojej paskudnej grzybicy skórnej. Odkąd tu jestem, regularnie co kilkanaście dni wychodzi jej to dziadostwo w obszarach pod biustem (ma dość obfity, czyt. obwisły) i w fałdzie podbrzusznej (też obwisłej, bo ma duży brzuch). Jest to typowa drożdżyca skóry. Wcześniej wystarczyło posmarować Multilindem i po paru dniach zmiany cofały się. Teraz od samego początku turnusu nie mogę tego wygasić. Jak przyjechałam, to miała bardzo rozległe zaczerwienia i zmiany infekcyjne. Ponad tydzień smarowałam jej tym kremem i nie ustępowało. Kiedy była przeziębiona i doktorowa do niej przyjechała, powiedziałam jej o tym. Obejrzała i potwierdziła, że to grzybica. Przepisała maść, którą smarowałam te infekcje kolejny tydzień. Trochę podgoiło się, ale moja dama histerycznie nalegała, żeby skończyć z tym smarowaniem, bo już jest dobrze. Przerwałyśmy więc terapię, a powinnam po tygodniowej kuracji maścią z recepty znowu wprowadzić Multilind. Tak zaleciła doktorowa. Na całym obszarze, gdzie wcześniej były zmiany zapalne, pozostały blado-brązowe przebarwienia skóry. Wiedziałam, że to nie koniec leczenia. Długo nie musiałyśmy czekać, bo powoli znowu to wychodzi na powierzchnię. Tym razem wyskakują takie czerwone punktowe plamy – trochę inne jak w poprzednich rzutach. Dzisiaj jej o tym powiedziałam i tym samym dałam jej nowy motyw do marudzenia. Trudno ją przekonać, że ma błędne pojęcie o tym problemie. Po obiedzie znalazłam informacje w języku niemieckim na temat grzybicy i przeczytałam jej, żeby zrozumiała istotę problemu. Ten wykład uświadomił jej wreszcie, że ona ma naprawdę tę przypadłość. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że podziała to na nią, jak czerwona płachta na byka. Zdenerwowała się i rozkręciła emocjonalnie, że z tego powodu miałam z nią problem do końca dnia. Jestem durna i to doświadczenie zapamiętam na zawsze.
W planie miałyśmy wyjazd na 15.00 do centrum handlowego, gdzie odbywał się jakiś pokaz markowej odzieży. Z powodu grzybiczej histerii moja pani zrezygnowała z tego. Natomiast pojechałyśmy do zaprzyjaźnionego doktora (w stanie spoczynku), aby obejrzał to i coś poradził. Ja nie wchodziłam do domu doktorostwa, tylko poczekałam na Elę w samochodzie (tak sobie zażyczyła). Po kilkunastu minutach wyszła do mnie doktorowa i wypytała mnie, co i jak z tą infekcją skóry się działo. Ela wszystko pomieszała i opowiadała bajki, co ci znajomi szybko rozpoznali. Oni potwierdzili tylko diagnozę i zalecili pielęgnować te miejsca w sensie higienicznym tzn. dokładnie myć, osuszać i pudrować (zawsze tak robiłyśmy) oraz udać się do dermatologa w sprawie dobrania odpowiedniego leczenia. Efekt tej wizyty był taki, że Ela jeszcze bardziej się zdenerwowała i nakręciła swoje hipochondryczne struny. Opinia znajomego doktora wybrzmiała dla niej, jak wyrok.
Od tej pory, aż do 20.00 miałam z nią us..nie. Już nie mogłam jej słuchać i po ogólnym zaopatrzeniu i załadowaniu do fotela, poszłam na górę i zajęłam się gotowaniem oraz szykowaniem kolacji. Po obiedzie zaczęłam gotować spiczastą kapustę, aby jutro na obiad mieć podszykowaną potrawę. Myślałam, że jak poleży w samotności, to się uspokoi. Niestety było inaczej. Przed kolacją wprowadziłam ją na górę, a ta zaczęła tak wygadywać i wydziwiać, jakby to była jakaś śmiertelna choroba. Normalnie wulkan konfabulacji na ten temat. Próbowałam ją uspokoić, ale bez skutku. Zaczęła fiksować, że źle się czuje, że ma pewnie wysokie ciśnienie itd., no i że nie mogę pójść na moją przerwę, bo ona nie może zostać sama. Zmierzyłam jej ciśnienie i nie było takie złe 139/74. Oczywiście powiedziałam, że jest o parę punktów mniejsze, aby jej nie nakręcać. Przy tym wszystkim Ela próbowała dodzwonić się do starszej córki (bezskutecznie). W końcu ja napisałam do niej SMS o tym, co się dzieje i żeby zadzwoniła do matki. Zaraz też skontaktowałyśmy się.
Wkurzyłam się tym jej wariactwem, bo naprawdę nie było powodu, aby aż tak cyrkować. Przykro mi było, że nie mogę wyjść do kościoła. Dzisiaj zaczęły się rekolekcje wielkanocne i miałam nadzieję, że chociaż w piątek i sobotę będę w nich uczestniczyła. W Polsce już nie będę miała możliwości, bo jadę do domu w wielką środę. Chcę też pojść do spowiedzi, a tu taka niespodziewana przeszkoda. No cóż, z żalem pozostałam w domu. Zaprowadziłam moją staruszkę na dół do jej fotelowego legowiska, a sama włączyłam sobie w laptopie drogę krzyżową i pomodliłam się. W tym czasie Kaja przysłała mi SMS, abym zostawiła babkę, ona zadzwoni do niej i będzie z nią długo rozmawiać. Ponieważ miałam jeszcze szansę na udział w najważniejszej części rekolekcji tj. Mszy św. o 20.00, szybciutko zebrałam się i pojechałam. Przy wyjściu z domu Ela rozmawiała przez telefon z Kają i była już spokojna. Pojechałam do kościoła, ale już nie miałam możliwości pójścia do spowiedzi, no trudno, może jutro mi się to uda. Cieszyłam się, że chociaż na mszę zdążyłam.
Po powrocie Ela już była kontaktowa. Przepraszała mnie, że narobiła tyle zamieszania. Była już 21.00. więc zaraz zapakowałam ją do łóżka, aby mieć wreszcie spokój. Ech, to wszystko mnie dzisiaj dość mocno wycieńczyło psychicznie. Ciężki to kawałek chleba ten nasz zawód.