U mnie dzień minął na słodko :-). Babcia po popołudniowej kawie przypomniała sobie, że musi jechać do fryzjera. No a jak jechać do fryzjera i nie mieć w prezencie torebki własnoręcznie robionych ciasteczek? Nie da się. U Babci tak nie można. Wypiliśmy w pośpiechu kawę i Dziadek miał zakaz wstępu do kuchni - czym się wcale nie przejął. Ja z Babcią robiłyśmy ciasteczka z czekolady. Roztopiłyśmy 6 tabliczek czekolady, do tego migdały, płatki i potem z takiej płynnej masy musiałam formować coś bez formy. Ani to góry, ani kule. Ale ważne, aby było smaczne. Po zrobieniu 4 blach tego czegoś, pomyślałam, ze na dzisiaj koniec. Ale nie przy Babci. Wymyśliła, że zrobimy dzisiaj ciasto na jutrzejsze ciastka maślane. W życiu jeszcze nie wyrabiałam tyle ciasta. Samego cukru było w tym prawie kilo i 4 kostki masła, o mące nie wspomnę. Na własnej skórze przekonałam się, że siłacz ze mnie żaden. Za to całe ręce mnie bolą. Jutro z tego ciasta będą ciasteczka, już teraz mnie mdli, jak sobie o tym pomyślę. A przed południem piekłyśmy jeszcze bananowe muffinki. Babcia mówi, że coś ją skóra swędzi, to pewnie alergia na ciastka, jutro pewnie na mnie przejdzie. Na jutro zapowiedziałam, że nie jem na śniadanie dżemu, tylko chcę korniszony. Jakbym słodziła kawę, to pewnie po takim dniu bym rzuciła ten cukier
