Wczoraj:PDP dzien wczesniej zobaczyła marchewkę,którą kupiłam do rosołu i mało zawału nie dostała-bo miało byc tak,ze ja sobie rosołek a ona 2 kartofle i kalafior.Więc wstaje rano,wczoraj a babcia juz buszuej w kuchni i w garze gotuje sie "mój" kawałek kury ,z komentarzem,żę ONA jednak dzis zupe sobie ugotuje a ja kalafiora...ok.Niech bedzie,nawet mi to pasowało bo kalafior szybciej no i zresztą na zupereszta miesa była zamrozona.Owa nieszczęsna zupa wyglądała tak-kura,ze 3 łyzeczki soli,dwie garscie zamrozonej posiekanej pory i do tego zrobiła lane kluski...koniec.Jak nie widziała to spróbowałam-fuj fuj,słona woda ,smaku zero......A ja sobie do kalafiorka dorzuciłam 3 marchewki i nażarłąm sie jak bąk:):):):)
Dziś - normalny obiad,ale gotował zięć co dobrze pichci i jadalne było/przywiezli nam.-gulasz wołwy,młode ziemniaki i mizeria.
Co też jutro PDP zaordynuje nie mam pojęcia:)