Dzięki dziewczyny za rady...o jedzenie nie trudno, bo z nudów człowiek do lodówki zagląda, kawę lubię, a i stres przez to życie w klasztorze mnie dopada.Dziś babcia zaproponowała mi swoją tabletkę na sen...ale boje się,że mi się spodoba...a od tych "zepamow" to się latwo uzależnić. Minie, dziś będę liczyć barany. Rodzinka na obiad wpadła,ale przywiozła swój.Cały dzień rozjechany.Na szczęście piękna pogoda.Pomyślałam,że się poruszam,i pograbie liście, ale po trzech machach mi się znudziło.Zresztą to nie moja praca, jeszcze się przyzwyczają.Budki dla ptaszków zamontowane na zime, wory z pokarmem kupione..babcia cała w skowronkach.Ciekawe czy jutro moja królewna siuśmajtka znowu mi fundnie pranie z rana.Jak próbuje rozmawiać, tłumaczyć,żeby tego pampersa nie....to buzia w podkówkę, łzy w oczach no i ręce mi opadają.Dziś taśma klejąca podwojnie zakręcona i pochowałam nożyczki.Czuje się jak jakiś Mac gaywer. A rączki z WC oj wiem...wiem.Raz przy kolacji zorientowałam się że "żałoba za paznokciami" to nie z grzebania z ogórdku.Ale człowiekowi już wszystko z czasem obojętnieje.Płyn dezynfekcyjny to mój najlepszy przyjaciel
