Melduję się posłusznie jak obiecałam i witam ze wszystkimi raz jeszcze.
Z rozmachem nieco wpadłam, poklikałam lajki przy postach ale siedzieć nie bardzo miałam jak.
O świętach nie będę pisać, wystarczy jak nadmienię że wigilijny wieczór i świąteczne przedpołudnie spędziłam na szpitalnym oddziale ratunkowym. Efekt - prawa ręka i noga w opatrunkach, maści, kremy i garść tabletek...
Wczoraj - wiadomo, każdy wie jak to jest po przyjeździe. Ale po kolei...
Po ponad 12 godzinach jazdy wysiadłam z autokaru na dworcu w Karlsruhe pełna obaw w co ja się tym razem wpakowałam. Info które otrzymałam od agencji wprawdzie potwierdziłam podczas rozmowy z moją poprzedniczką, ale i tak strach gdzieś tam sobie siedział. Zanim jednak dojrzałam do decyzji żeby wsiąść do tego samego autokaru który mnie przywiózł i zawijać z powrotem do Polski, zjawiła się ze swoimi dzieciaczkami Moncherie. I tym sposobem nowy tydzień i nowy rozdział rozpoczął się od mojego szerokiego uśmiechu i jej serdecznego uścisku na powitanie.
Nie na darmo w awatarze Moncherie jest wyszczególnione oko. Jej oczy są pełne ciepła i sympatii. Na sam jej widok robi się cieplej koło serca. Nie wiem czy wyczuła moje obawy instynktownie czy było je po mnie widać; dość że doskonale wiedziała jak odwrócić moją uwagę od przeznaczenia ;)
Pojechałyśmy na miejsce i zostałyśmy przywitane przez córkę i zięcia mojej PDP oraz nią samą. Oprowadzili mnie po domu, pokazali -co-gdzie-jak- i powiedzieli wszystko to co chciałam i co powinnam wiedzieć. Zjedliśmy wszyscy przygotowany obiad i niestety Moncherie musiała wracać do swoich obowiązków. Ja jednak zdążyłam już pozbyć się poczucia niepewności. Jakby to określić... Jeśli praca w Bielefeld była wypoczynkiem, to tutaj mam wczasy na Majorce... No, może odpowiedniej będzie powiedzieć: w Vermont...
Okolica jest piękna, moje ukochane góry mam dosłownie na wyciągnięcie ręki, moja PDP jest ciepłą sympatyczną kobietą której do szczęścia potrzebna jest jedynie świadomość że jestem tuż tuż. I nie jest to uciążliwe w najmniejszym stopniu, ona ma swoje ulubione zajęcia i nie należy do osób zrzędliwych. Mam do dyspozycji własne mieszkanko na piętrze, samochód, internet i wolne weekendy. Oczywiście codzienne pauzy też są, ponadto 2 razy w tygodniu przychodzą z Pflegedienst i raz sąsiadka, wtedy również mam dodatkowe wolne. Moja PDP nie ma żadnej diety, tyle że jada bardzo mało mięsa. Nie ma inkontynencji, przesypia całe noce spokojnie i doprawdy sama zastanawiam się czy jeśli dożyję jej wieku to będę choć w połowie tak sprawna jak ona. Daj Boże...
Z samochodem już wczoraj się zapoznałam. Mianowicie zięć zabrał mnie na przegląd okolicy, gdzie sklepy, gdzie lekarz, gdzie apteka i jak już zobaczyłam wszystko to zamieniliśmy się miejscami, ja za kółko. Nigdy wcześniej nie jeździłam żadnym kombi, no to trzeba było kiedyś zacząć :) Prowadzi się świetnie :)
Córka z zięciem pojechali jeszcze wczoraj późnym popołudniem, wyglądali na spokojnych o los ukochanej mamy gdy się ze mną żegnali; a dziś po obiedzie przyjechała poznać mnie druga córka; jest równie sympatyczna jak jej siostra.
Wiadomo że w tej pracy nie ma reguły. Bywa że na początku wszystko wydaje się być piękne, a potem okazuje się że to piękno tylko na powierzchni, zaś pod spodem zgnilizna. Bywa też że początkowo ciężka i nieznośna sztela okazuje się potem najlepszym miejscem pod słońcem. Nawet nasze forumowe dziewczyny mogłyby przykłady własne podawać.
Ja na dzień dzisiejszy powiem jedynie że nie żałuję decyzji. Tym bardziej że czas pracy współgra z moimi terminami i planami.
Teraz idę przypilnować moją PDP żeby poszła do łóżka i dzień można uznać za zaliczony
