Piątek przywitał mnie potwornym bólem podbrzusza i atakiem dzikiej paniki co się dzieje, bo ból i skurcze były jak przy porodzie... Myślałam że się z łóżka nie zwlokę i słowo daję że zmieniłam pozycję z embrionalnej na stojąco - chodzącą tylko dzięki świadomości że lada gwizdek przyjdzie diakonka z lekami dla babci. Niespecjalnie miałam ochotę żeby mnie widziała w łóżku... Śniadanie jakoś zrobiłam, kawę też i ogarnęłam mieszkanie niemal na czworakach; babcia dostała dosyć skomplikowane jak dla niej puzzle i teraz ma zajęcie na kolejne dwie godziny, a ja siedzę w fotelu z ciepłym termoforem na brzuchu i modlę się żeby w końcu puściło całkiem. Nic innego nie zadziała, poza skalpelem...
Andrzej zadzwonił w czasie przerwy na śniadanie i choć starałam się nie dać nic po sobie poznać to i tak wyłapał że coś nie halo. Teraz on się stresuje i denerwuje mną, a ja tym że on się stresuje w pracy i może się zagapić a to akurat niewskazane; i kółko się zamknęło.
No cóż, nikt nie powiedział że zawsze będzie z górki.
Nic to, powoli zaczyna się robić lepiej i mam nadzieję że się w końcu ruszę, pogoda jak na zamówienie, dobrze byłoby z babunią na spacer jakiś wyjść...
A to dla rozweselenia - was i siebie...
