Moje menu nie zostalo zaakceptowane.
Ale co mi tam, ja i tak zjem co chce.
Stanelo na tym , ze zrobimy wyprawe do sklepu. Super, nie bede siedziec i grac w karty("Uno").
A wiec wozek, torba zakupowa i ubieramy sie.
Pies musi isc z nami. Nie ma sprawy, smycz wreczylam pdp.
Zapitalamy: winda, drzwi, rampa chodnik i...pani chce na skroty a nie na pasach. Oj, co to, to nie. Nie wolno. Po krotkiej dyskusji jedziemy na przejscie dla pieszych. Pies zaplatal sie w kolo od wozka. Spoko, ratuje psa z opresji.
Jedziemy dalej do podziemnego parkingu i windy. Jest sklep, pies przywiazany do uchwytu, my wchodzimy.
Sciagam z polek wszystko co chce. Zaczepiam uprzejma pania w sklepie pytajac, gdzie sa miekkie sery( wczoraj pdp zyczyla sobie , zebym jej kupila, ale jaki to juz nie powiedziala). Wymienilam wszystkie gatunki wg mnie miekkie, ale zadnego nie wybrala, tylko lamecila, nie powiem co.
No nic. Jestesmy przy polce, wybrala camembert(wczoraj go wymienilam).Zalatwione.
Jedziemy z powrotem. Z parkingu pani chce pod prad. W zadnym wypadku.
I dalej na przejscie. Pies sie zaplatal. Nic sie nie stalo. Torbe z zakupami stawiam na chodniku, robie co trzeba.
Jedziemy do garazu(podziemnego), bo tam jest winda i pani tak wygodniej. Ok. Slupek na kluczyk w polowie zjazdu, otwieram, zanim dojechalysmy do drzwi pies sie zaplatal. No nic. Drzwi sie zamknely zanim go odplatalam. To nic, lece z kluczykiem.
Wjechalysmy. Nie mozemy sie zaladowac do windy. No nic, jakos wszystko upchalam. Dotarlysmy.
Salata zrobiona, gotowiec w piekarniku, pani w becie, obiad bedzie 14. 15.
A ja sie relaksuje
