23 stycznia 2014 17:12 / 4 osobom podoba się ten post
kasia63Wiesz Emilia ,to nawet nie o to chodzi czy się dr zajmuje czy nie zajmuje ,tylko o to ich podejście.....U nas ,co by nie mówic jednak jest inaczej-ratuje sie życie zawsze i ja się nie spotkałam z sytuacją żeby lekarz polski czy rodzina pacjenta tak olewali pacjenta jak to ma tu miejsce-bo stary to niech umiera,po co kroplówka,po co pomoc ,musi w końcu umrzec....Dlatego dla nas to bywa takie trudne do zaakceptowania i ja bym tu nie o smutku mówila -raczej o wsciekłości z bezsilnosci....A i tak nic nie możemy zrbic jak tylko z boku stać ,tak jak napisałaś....
Ale jak juz kiedys pisałam, ta niemiecka mentalnosc nie do pojęcia na nasze słowiańskie głowy....
Mam strasznie mieszane uczucia.
Na razie wpadli dwaj synowie, trzeci nie może bo jest przy swojej żonie i przyjedzie poźniej (nie pisałam o tym tutaj, ale jedna synowa mojej PDP jest w takim stanie że nie można patrzeć na nią bez łez w oczach i ostatnio też jej się bardzo pogorszyło). Zrobiłam nam kawę i przez chwilę w czwórkę siedzielismy i rozmawialismy. Oni pytali mnie o zdanie, jak ja to widzę spojrzeniem pielęgniarki i ogólnie osoby z zewnątrz, niezwiazanej uczuciowo z PDP. No i co ja mogę im powiedzieć? Z jednej strony to co mówiła Emilka i Andrea to prawda, z drugiej strony mam poczucie swoistej ... klęski (?) że nic (?) nie można zrobić. Moje zdanie jest nieważne, to moje uczucia, i nie wiem tego na pewno, ale zdaje mi się że ja bym się uparła na nawodnienie i.v. a potem jeśli nic to nie pomoże - można dopiero "rozłożyć ręce". Tak mniej -więcej to powiedziałam, zaznaczając że to oni decydują a nie ja. Chłopaki zaczęli główkować, a ja zostawiłam ich na chwilę samych i poszłam na dyma. Jak wróciłam to oni byli w pokoju u PDP a dziadek siedział w kuchni z twarzą schowaną w dłoniach. Zawołał mnie i mówi: "Nic nie robić to tak jakbym miał się zgodzić na eutanazję, a przecież przeżyliśmy razem prawie 54 lata... A robić i patrzeć jak coraz bardziej się męczy, nie poznaje, bełkocze i jęczy z bólu (biodra i nogi) to też nieludzkie... Nie wiem co zrobić..."
Dlatego o tym napisałam bo ja też mam mętlik. Niby człowiek wie że śmierć jest czymś nieuniknionym, że trzeba się na to przygotować, ale jak przyjdzie co do czego to jakoś tak... za wcześnie na to. Ale to jedno, a drugie to to, co zauważyła w moim poście Kasia63... Podejście lekarza... I chyba to własnie to mnie tak najmocniej ugryzło. Biorę sobie do serca wszystkie Wasze wypowiedzi, człowiek uczy się nie tylko sam z siebie, ale też od innych. Cieszę się że Emilka i inne "postawiły mnie do pionu" jeśli chodzi o podejście do "czasu umuierania" ale dziękuję Kasi63 za zrozumienie co targa moją duszą...