AnnikaMąż zrobił mi na Gwiazdkę prezent - dostałam kota :-). To w zasadzie taki nasz wspólny prezent. Znaleźliśmy ogłoszenie w internecie, że jest kotka Frania do odebrania, ma 4,5 msc. Pojechaliśmy tam wczoraj, wcześniej zakupując cały "osprzęt". Ta mała kotka okazała się większa od swojej mamy, no i okazało się też, że jest o 2 msc starsza. Ale była taka słodka. Powiedziałam mężowi, aby dał jej właścicielce - ok 10 letniej dziewczynce 20 zł za kotka :-). Jej mama kazała oddać nam pieniążki, ale powiedziałam, ze jak nie weźmie, to kotek nie będzie się nam dobrze "chował". Dziewczynka bardzo się ucieszyła. Kotka dowieźliśmy do domku. Na miejscu okazało się, ze to nie Frania, tylko prawdopodobnie Franek :-) ale pewni nie jesteśmy, więc musimy poczekać na wizytę u weterynarza.
Obok w bloku sąsiad ma również kota i też mieszka na parterze jak my. Ma taką długa smycz i spuszcza kotkę na szelkach z okna i kotek sobie na długość tej smyczy biega po trawie. Mąż powiedział, ze też tak będzie robił. Kupiliśmy więc 5 metrową smycz. Oczywiście nasz kotek ma kuwetkę z żwirkiem, ale mąż wypróbował takiego spacerku, bo kotek przez większość dnia nie chciał się załatwić do kuwetki, chociaż wiele razy go tam wkładałam :-). Powiedziałam Rafałowi, że pewnie nie jest nauczony, bo "pochodzi" z domu z ogródkiem. Za moją więc radą, Rafał wziął kota na smycz i wyszedł z nim przed blok, aby kotek załatwił się w warunkach zbliżonych do dotychczasowych :-), aby mu to ułatwić, rozciągnął smyczkę na całe 5 metrów i .... ani się nie obejrzał, a kot znalazł się na drzewie ....., z którego bał się zejść, a później już nie mógł, bo smycz zaplątała się w gałęzie. O 24.20 mąż właził na drzewo i ściągał kota. Boże, mam nadzieję, że wszyscy byli na Pasterce i nikt z sąsiadów tego nie widział :-), bo pewnie dzisiaj to będzie już na FB...
Poszliśmy później do łóżka i po jakiś 2 minutach od położenia się, słyszymy jak nasza Frania lub Franek grzebie w kuwetce.... Oj, złośliwa bestia ....
Moja koleżanka miała sytuację identyczną. Tylko nie miała męża i nie mial kto na drzewo za kotkiem wejść. Obdzwaniała znajomych, żeby ktoś pomógł i jeden kolega pomógł-zadzwonił po straż pożarną. Jak przyjechali to kotka zdjęli z drzewa ale poprosili żeby tak nie robić bo następnym razem wystawią rachunek. Ja uciekłam bo też nie chciałam byc na FB, cały tłum się przyglądał po co straż...............