AnnikaJa już wykąpana leżę w swoim łóżeczku i cieszę się, że dzisiejszy dzień dobiega końca. Dzisiaj o 13.00 pojechaliśmy do Hannoveru - ja, jako kierowca i podopieczni. Dziadek dostał zaproszenie na spotkanie byłych pracowników po latach. W zeszłym roku był na takim spotkaniu, zawiozła go wtedy córka. Już wtedy mówił, że niewielu ich z dawnej ekipy zostało. Dzisiaj miałam go zawieźć, a potem z Babcią jechać do jej koleżanki na kawę. Drogę mieli doskonale znać. Wjechaliśmy do Hannoveru. Babcia zaczęła się głośno zastanawiać jak to trzeba jechać, gdzie skręcić. Pyta Dziadka...On nie wie. Ja robię się coraz bardziej czerwona na buzi ze zdenerwowania, bo przejeżdżam kolejne skrzyżowania, a Babcia pyta się mnie czy wyłączyć ogrzewanie, bo chyba mi gorąco....:sciana: Znaleźliśmy miejsce spotkania. Nie ma gdzie zaparkować. Stanęłam na pełnym parkingu na przejeździe i zaczęła się akcja z Dziadkiem. Gdzie jest to zaproszenie (miał je w kieszeni), potem gdzie ma komórkę i jak ma dzwonić (podałam mu swój numer). Za chwilę znowu pyta gdzie ma zaproszenie, w końcu prawie siłą wypchnęliśmy go z autka, ja mu wszystko włożyłam do rączki i odprowadziłam go, już nawet nie przejmując się tym, że blokuję auta (na szczęście żadne w tej chwili nie chciało wyjechać). Wycofywać musiałam tyłem, bo nie dało się nawrócić. Jadę więc z Babcią do koleżanki i kolejna niespodzianka - Ona ulicę owszem zna, zapomniała numeru domu, a poznać go może po skrzynce na listy. Zaparkowałam. Przyglądamy się skrzynkom. Jest!!!. Wchodzimy. Wita nas pani z aparatem tlenowym. Bardzo serdeczna, a jeszcze serdeczniejszy jest pies, który zaczyna po mnie skakać. Siadam w fotelu, pies wskakuje na moje kolana i liże mi ręce. Pani komentuje to tak, że muszę mieć jakimś smacznym kremem posmarowane ręce, a on lubi kremy. Dawniej to potrafił nawet całą tubkę zjeść.:sciana: No fakt, ale jak pies próbuje się dobrać do mojej buzi, to już mówię, że ten krem jest za drogi i wolę , aby tam został. Psa zrzucam z kolan...
Czas na kawę szybko mija. Jedziemy po Dziadka. Drogę objaśniła mi ta pani i trafiłam bez problemu. Znowu nie ma gdzie zaparkować. Staję znowu na przejeździe i zostawiam Babcię, a sama biegiem po Dziadka. Dziadek siedzi na sali, razem z nim około 30 osób. Idziemy po Jego kurtkę. Zapomniał, gdzie zostawił. Grzebiemy i szukamy najbardziej podobnej. Jest jakaś granatowa. On nie wie czy to Jego. Hmm, co robić? Wkładam rękę do kieszeni, na wszelki wypadek odwracając się do pozostałych ludzi tyłem, aby mi nikt nie zarzucił, że grzebię w jego kurtce, a tak to jest szansa, że nie zauważy. W kieszeni klej do protez - taki jak Dziadka. Jednak patrząc na wiek pozostałych osób, to do każdego z nich taki klej mógłby należeć. Grzebię dalej. Bingo - komórka Dziadka. Kurtka na plecy, Dziadka pod rękę i szybko do samochodu. Znowu się udało. Akurat nikt nie próbował wyjeżdżać i nikt nie musiał czekać aż go odblokuję. Znowu jadę tyłem, bo nawrócić się nie da. Dojeżdżam do wyjazdu z parkingu. Babcia wpada na pomysł, że zamiast w lewo, to pojedziemy w prawo, bo świetnie zna tą drogę. Ok. Jedziemy, jedziemy - mówi mi gdzie mam skręcić .... i nagle cichnie. Pytam się jak mam się ustawić . Ona nie wie. Pytam, czy wie, gdzie jesteśmy - " Jakoś nie bardzo". Znów uderzenie gorąca i rumieniec na mojej buzi... Widzę duży sklep i parking. Skręcam tam. Wyciągam nawigację, którą wzięłam, a która miała mi być niepotrzebna, bo Oni wspaniale drogę mieli znać. Nawigacja dawno nie aktualizowana, ale jakaś drogę pokazuje. Dojechaliśmy do naszej miejscowości. Ostatni zakręt i.... Babcia sobie przypomniała, że trzeba do bankomatu. Nawracam bez słowa. Dziadek poszedł wybrać pieniążki. Wychodzi, patrzę na Jego spodnie, całe zasikane. Wsiada do auta. Jedziemy do domu. Uff. Pomagam Babci wysiąść, Dziadkowi dziękuję za chęci wjechania do garażu (nie chciałam, aby wsiadał w mokrych spodniach na miejscu kierowcy) . Home, sweet home....
Dzwoni córka z pytaniem jak było i jak dojechaliśmy....
Babcia szczebioce do telefonu : "Bez najmniejszych problemów"