Nie no,ani spokojnie ani z nerwami nie ujade z tym moim podopiecznym.Rano niby spokój,dzisiaj było pranie,a potem robiłam obiad,to znaczy gotowałam rosół wołowy wg.instrukcji i wytycznych seniora.Zaznaczylam jednak, że ja ugotuję dla siebie normalny makaron a nie te pokrojone, przysmażone naleśniki.Obylo się bez problemu...do czasu.Gdy byłam już za cicho przyszedł stukając tą swoją laska i kazał mi wytłumaczyć, czemu u Niego wiszą trzy ręczniki,a nie dwa?!No,quzwa,zdębiałam,bo w zeszłym tygodniu też miał trzy i nic nie mówił.Potem przejechał palcem po oknie i stwierdził,że jest mokre i mam wytrzeć.No,to mu odpowiedziałam, że jak są nieszczelne,to nie moja wina.Zniknelam mu z pola widzenia na jakiś kwadrans,obiad był praktycznie już gotowy.Dorobilam nawet fajny deser, posyłam kakao,cudo.W jadalni zaczęło się znowu,bo garnek z rosołem położyłam na gumowej podstawce,a on się wydarł, że ma być inna.Uzyl też innego określenia na deskę, dokładając mi jeszcze, że nie rozumiem po niemiecku.Powiedzialam, że nie jestem po studiach germanistyki i niestety,nerwy mi puściły i pizglam drzwiami.Przy obiedzie non toper nadawał prawie jak na Bayern 1.Zwrocilam uwagę, że jak jem,to nie rozmawiam i że nie życzę sobie, żeby na mnie krzyczał.No to zmienił front,że on mi tylko głośno wyjaśnia...Dokoła,dokoła.Dobra, koniec obiadu,ja objuczona naczyniami zasuwam do kuchni,on za mną,ciąg dalszy lekcji niemieckiego zamieszanego z dialektem bawarskim.Na koniec zabrał miseczkę z deserem, którą sobie zostawiłam, twierdząc,że to Jego.A niech sobie w buty to wsadzi.Ale u siebie nerwy mi już puściły całkiem.Teraz słyszę jak lata na dole,ciekawe jakie atrakcje szykuje mi na popołudnie?

