ivanilia40Wichurra opisujesz skrajności w szkole pewnie gimnazjalnej albi ponadgimnazjalnej,a dziewczyny piszą o dzieciach 4/5 klasistach,których mozna jeszcze uspokoic,wytłumaczyć im,najlepiej jakby to zrobili rodzice,np na zebraniu razem z dziecmi. No ale jak matka szykanowego dziecka mówi o tym wychowawczyni ,a ona stwierdza,że dziecko jest nadwrażliwe,to wybacz,ale ja bym nie chciała żeby tak pani uczyla moje dziecko. Nawet nie zaproponowała jakiegoś rozwiazania,nic nie podpowiedziala tylko "radż sobie matko sama"
. Wiem też ,ze są nauczyciele z powołania,którzy potrafią tak zaszczepić w dziecku pasję,że wyrasta na eksperta w jakiejś dziedzinie,no ale trzeba czuć swoją pracę:)
Nie no - ja tak tylko ogólnie piszę, żeby zwrócić uwagę, że czasami nauczyciel naprawdę niewiele jest w stanie zdziałać. Nie odnoszę się do konkretnej sytuacji.
Może ja sama jestem przewrażliwiona:) no ale swojego czasu czytałam komentarze np. na onecie pod każdym artykułem dotyczącym nauczycieli i to włosy dęba stawały. I tak nie do końca skrajności opisuję - w mojej klasie w sumie do rękoczynów nie dochodziło - na początku tego ucznia koledzy popychali (to udało się wyeliminować), na wuefie mu ubranie schowali, śmiali się z niego na każdym kroku, zabierali i chowali różne rzeczy. No i porozmawiasz jako wychowawca ze sprawcami, porozmawiasz z rodzicami, jeżeli sytuacja się nie uspokaja znowu rozmawiasz, przewidziane w regulaminie szkoły kary wymierzasz - no ale jak to nie skutkuje, to co wiele można zrobić? Jeżeli rodzic sprawcy nie ma wpływu na zachowanie dziecka, to nie oszukujmy się, że nauczyciel będzie miał. A na policję też chowania rzeczy i wyśmiewania nie zgłosisz, bo to na policję się jeszcze nie kwalifikuje, a dla dziecka jest dokuczliwe.
Dodam jeszcze, że kiedy zaczęły się te kłopoty w mojej klasie (nie tylko w sumie te, bo dostałam kilku "spadochroniarzy", którzy gdzieś mieli szkołę, byli agresywni do innych, przeszkadzali w prowadzeniu lekcji, nie nosili w ogóle zeszytów i podręczników) to zapisałam się na takie wielogodzinne warsztaty o pracy z taką właśnie trudną grupą - poświęciłam na to kilka weekendów, później wprowadziłam ciąg godzin wychowawczych, gdzie właśnie w formie warsztatów przerabialiśmy temat agresji, wykluczenia itd, próbowałam zintegrować klasę poprzez wspólne przedsięwzięcia pozalekcyjne - ogniska, kręgle, wyjazdy do kina. Zorganizowałam spotkania rodziców z pedagogiem i dyrektorem, z rodzicami poszkodowanego ciągle na telefonie wisiałam. No i co to dało? Niemal nic - chłopak i tak był wykluczony, tyle że teraz po ciuchu wysmiewany i ignorowany, spadochroniarze pozostali takimi, jacy byli. Wprawdzie rodzice tego chłopaka szykowanego niby byli mi wdzięczni za podjęte kroki, ale tak naprawdę to nie wiem, co w domu mówili między sobą - może też, że nic nie zrobiłam, żeby sytuację poprawić.