Przeżyłam urodziny

. Przyznam się, ze jestem dość pozytywnie zaskoczona. Oczywiście byłam tam ciekawym zjawiskiem, ale wszyscy byli bardzo sympatyczni. Przyjęcie odbywało się w pięknej restauracji, a samych gości było ponad 40 osób. Każdy miał przydzielone miejsce, a informował o tym zając, z kokardką, na którym było imię

. Oczywiście moje imię napisali Anetta, ale nie wyprowadzałam ich z błędu. Każdy dostawał później tego zajączka, to był bardzo miły akcent. Sama uroczystość niesamowicie mi się podobała, było dużo muzyki i to takiej wzruszającej. Śpiewała żona dla jubilata, jego córka, wnuki. Później każdy z nas dostał tekst 2 piosenek i śpiewaliśmy wszyscy razem. Na gitarze, saksofonie i organach przygrywały wnuki. Przy "naszym" stoliku siedziało bardzo miłe towarzystwo, zresztą co chwilkę się ktoś dosiadał. Buzie nam się nie zamykały, obgadaliśmy wszystko, nawet sytuację polityczną

. Babcia mi troszkę psuła atmosferę, ale postanowiłam dobrze się bawić. Ona co chwilkę wołała kelnerkę, bo zmieniały się jej co 5 minut upodobania kulinarne, a z herbatą już przesadzała, za gorąca, za ciemna, za zimna... Przy jedzeniu na minutkę opuściłam rękę na kolano, wychwyciła to momentalnie i podniosła mi dłoń ... cóż etykieta...
Rodzina Babci patrzyła na wszystko z pobłażaniem, w sumie dobrze, że Jej nie słyszeli, bo szeptała w zasadzie tylko do mnie. Niektóre słowa nie nadają się do cytowania, a padały głównie pod adresem synowej "ta kanalia" to chyba było najłagodniejsze określenie, a synowa to niesamowicie życzliwa osóbka, no ale zarekwirowała Jej syna

.
Nie piłam żadnych trunków, za to Babcia całkiem chętnie i później koniecznie chciała po drodze wysadzić kierowcę, a sama usiąść za kierownicą

. W domu był ciąg dalszy "gorzkich żali", ale puszczałam to mimo uszu, komentując Jej złośliwości tym, że powinna się cieszyć, bo przynajmniej syn się Jej udał

, na co Babcia mi skwapliwie potakiwała

.
I tak minął mi kolejny dzień tutaj, o jeden dzień znów bliżej do domku
