No ja aż tak wielkim czyściochem nie jestem, żeby po imprezie jeszcze się prysznicować:)
Zwłaszcza, że zawsze robię to przed imprezą, a podobno częste mycie skraca życie, więc z tym też ostrożnie trzeba:)
No ja aż tak wielkim czyściochem nie jestem, żeby po imprezie jeszcze się prysznicować:)
Zwłaszcza, że zawsze robię to przed imprezą, a podobno częste mycie skraca życie, więc z tym też ostrożnie trzeba:)
Niemczuszki-flejtuszki?:):):):)
Na pierwszej Stelli babcia brała kąpiel 1 raz w tygodniu, ale codziennie rano i wieczorem miała swój rytuał toaletowy, przecierała się myjką.
Na drugiej Stelli mam podobnie - dziadek bierze prysznic 1 raz w tygodniu, a rano i wieczorem toaletka samą wodą.
Trochę skąpo jak dla mnie, nie wiem czy to z ich oszczędności, czy przyzwyczajeń, toleruję to i tyle.
Osobiście uwielbiam się w wannie wylegiwać, włosy muszę co 2 dni szorować :)
Wiesz,ze my to tak jak byśmy sie wstydzili swoich uczuć.Ani za bardzo nie okazujemy ani nie mowimy czesto.Czekamy na okazje.
Mów za siebie ( no i może trochę za mojego męża). Ja się nie wstydzę swoich uczuć, mężowi mówię i okazuję często.
To mój dziadek jest wyjątkiem, bo codziennie rano obowiązkowy prysznic. Nawet jak godzinę później idzie na basen, to i tak prysznic bierze. I wieczorem też ok. 15 minut w łazience spędza.
Dzieki za pouczenie.
Pokolenie naszych rodziców ,wojenno-powojenne nie miało od kogo nauczyć sie mówić o uczuciach.Od swoich rodiców nigdy nie usłyszałam ,że mnie kochaja-miałam być grzeczna,czysta i najedzona......Kiedy na swiecie pojawiły sie moje własne dzieci postanowilam ,że ja taka zimna nie będe i nie jestem.I moje dzieci dziś już mające walsne rodziny też nie są:)Udało mi się tę"zimnice uczuciową "wykorzenić :)Z mężem okazujemy sobie uczucia i nie jest to pusty frazes bo odzwierciedla sie w codziennym zyciu.A przeciez często jest tak ,ze słyszymy "kocham Cie " a brzmi to całkiem jak "pocałuj mnie w dupę".....